Warning: this is an experimental horizontal layout, and you seem to be using a browser that cannot properly display it. Please consider using Firefox or Chrome/Chromium.
↑ hide messages ↑
↓ show 1 message(s) ↓

About

Eternal student of Philosophy; head of the BRAMA Lab, Warsaw University of Technology; Free Software advocate; FLOSS Foundation supporter, volunteer and employee; biker; sailor.

Affiliations

BRAMA Lab BRAMA Lab FLOSS Foundation FLOSS Foundation Warsaw Hackerspace Warsaw Hackerspace

18.05.2012

TPSA/Orange i GIMP, czyli rzecz o 5-ciu użytkownikach

en pl

Niektórzy mogą jeszcze pamiętać, jak Telekomunikacja Polska (czyli dziś Orange) zablokowała stronę GIMPa — całkiem przypadkiem, blokując po prostu cały serwer, na którym była strona z malware.

Uczestniczyłem dziś w warsztacie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji na temat m.in. blokowania usług w sieci. Pojawił się temat informowania przez operatorów o blokowaniu danych treści "ze względów bezpieczeństwa". Oczywiście operatorzy bronią się rękami i nogami (w pewnym zakresie słusznie, w pewnym zakresie bardzo nie).

Podniosłem argument, że informacja — choćby do adminów blokowanych serwerów — byłaby bardzo potrzebna, na przykład w sytuacjach takich, jak ze stroną GIMPa. W takiej sytuacji admin serwera mógłby przynajmniej:

  • poinformować swoich klientów, dlaczego ich strony są dla części użytkowników niedostępne;
  • zrobić coś z problematycznym klientem.

Odpowiedź Telekomunikacji Polskiej/Orange, w osobie p. Tomasza Piłata?
Wszystkich pięciu użytkowników GIMPa było oburzonych

Po czym inny przedstawiciel TPSA/Orange zażądał "szacunku" do tej firmy i nieużywanie słowa "Tepsa"...

Biorąc pod uwagę nie najlepszą historię Telekomunikacji Polskiej aka Orange w kontekście blokowania i ograniczania ruchu w ich sieci, powinni chyba być nieco ostrożniej dobierać słowa.

15.04.2012

Schowaj gadżeta

pl

No to wreszcie odpowiem Piotrowi Szotkowskiemu w naszej małej dyskusji o hipsterii; 140 znaków to nieco za mało, więc przenoszę dyskusję tu - i na Diasporę.

Zrekapitulujmy! Zaczęło się od mojego denta:
Brawo, Hipsteria. Lansowaniem się z jabłuszkiem spieprzyliście być może szanse Prasowego. bit.ly/HMuTy1 /cc @harcesz @ElbaZostaje

Skończyło na Shotowym:
postawmy bramkarzy, przecież hipster to taki gorszy człowiek. (szczęście, że radny nie mówił o facetach z długimi włosami.) #nurfürNerden


UPDATE: niektórzy (że tadzika, sirmacika i shota z ksyw nie wymienię) zwrócili mi słusznie uwagę, że generalnie wyszedł mi tu antyaplowy i antyhipsterski rant. Wpis zmieniony, coby był mniej rantowy.

UPDATE2: shot podrzucił fantastyczny flejm na jednym z innych niż Diaspora portali społecznościowych, z udziałem tomasha (i to ku zaskoczeniu wszystkich w obronie!), wraz z kolejną słuszną uwagą o trzymaniu w takich sytuacjach poprzednich wersji — następnym razem będę pamiętał sam. Kopia oryginalnego rant^Wwpisu jest dostępna, dzięki shotowi za refleks i zmirrorowanie u siebie.


Zatem odpowiadając szanownemu Shotowi - po pierwsze, nigdzie nie sugerowałem stawiania bramkarzy i niewpuszczania hipsterii. Napisałem upilnować, nie wykluczyć. Podobnie, jak w towarzystwie płci pięknej należy upilnować swojego nieco seksistowskiego kolegę przed rzucaniem przezeń nieco seksistowskich dowcipów. On może nawet nie widzieć, w czym problem — ale naszym zadaniem jest mu to (delikatnie, acz stanowczo i skutecznie) uświadomić. Lub przynajmniej powstrzymać.

Nie uważam, by hipsterzy byli gorszymi ludźmi, są tylko czasem bardzo irytujący — ale że sam czasem jestem irytujący (i lubię rowery), więc whatevs.

Znam i lubię paru hipsterów, nie jest to dla mnie kryterium wykluczające — podobnie jak mam kilku nieco seksistowskich czy nieco rasistowskich znajomych.

Jako mięsożerca często otaczany przez wegetarian, sam się czasem znajduję w sytuacji, w której coś, co normalnie nie jest żadną kwestią, może być źle odebrane. Na grilla na Przychodni nie przyjdę z kiełbaskami, choć miałbym na nie ogromną ochotę, bo po prostu, zwyczajnie, nie wypada.

Co zaś się tyczy hipsterów w Prasowym czy na konfie skłotu Przychodnia — to już jest kwestia jakiegoś elementarnego wyczucia. Nie chodzi o to, by hipsterów tam nie było. Chodzi o to, by mieli na tyle subtelności, żeby wiedzieli, że nie należy się w tych miejscach afiszować swoim wyjechanym w kosmos gadżetem (niezależnie, czy pochodzi ze stajni z jabłkiem, czy dowolnej innej)!

Przepraszam, ale to już jest po prostu buractwo. Nie dość, że kłują w oczy osoby gorzej sytuowane, których chyba można się w takich miejscach spodziewać (i nie mówię tu o użytkownikach dowolnie definiowanych tzw. "inferior brands", tylko ludziach, dla których Prasowy faktycznie był tego dnia jedyną szansą na ciepły posiłek); nie dość, że wprowadzają korporacyjną symbolikę konsumpcjonizmu w środowisko, w którym jest on po prostu nie na miejscu (protip: jeżeli nie-hipster zadaje się z anarchistami, jest spora szansa, że za korporacjami nie przepada i całkiem celowo ich być może unika); to jeszcze dają perfekcyjny, idealny, na miarę skrojony pretekst dla takich ciuli intelektualnych jak pewien radny.

Każdy z tych powodów sam w sobie powinien wystarczyć człowiekowi w miarę ogarniętemu do stwierdzenia, że może niekoniecznie promowanie się swoim błyszczącym gadżetem i jednocześnie lansowanie się chodzeniem do Prasowego czy na Przychodnię jest pomysłem dobrym. Póki te dwa rodzaje lansu uprawiane są oddzielnie, nie ma większego problemu; jak się łączą w czasie i przestrzeni, robi się nieteges.

Przy czym, by nie było nieporozumień: nie twierdzę, że nie możesz użyć swojego smartfona w Prasowym, bo "nie uchodzi", czy że nie możesz odpalić swojego lapka na Syrenie, "bo to nie ładnie". Ale jest różnica (choć bez wątpienia płynna) między używaniem swojego narzędzia a lansowaniem się swoim gadżetem.

Ponieważ jednak hipsterzy, podobnie jak na ten przykład "męskie szowinistyczne świnie", po prostu nie widzą w swych działaniach nic złego, postuluję niniejszym akcję "schowaj gadżeta". Co więcej, każdemu niemal zdarza się czasem lansować w złym miejscu i czasie. Krótkie "schowaj gadżeta" delikatnie uświadamia, kiedy się tę granicę przekroczy.

Może czas zacząć traktować taki brak wyczucia przynajmniej podobnie, jak zostałbym potraktowany smażąc kiełbaski na wspólnym, przychodnianym grillu: delikatnie acz stanowczo i skutecznie wywierając presję na delikwenta, by zaprzestał.

27.03.2012

Subiektywnie o Anty-ACTA

en pl

Stwierdzić, że w Polsce w temacie ACTA ostatnio działo się dużo, to potężne niedopowiedzenie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy płynnie przeszliśmy od informacji, że ACTA zostanie podpisana, przez protesty (rozlewające się na całą Europę), tak zwane "ataki" na strony rządowe, podpisanie umowy, wreszcie próby ponownego nawiązania dialogu — aż po obrót stanowiska rządu o 180 stopni i stwierdzenie, że porozumienie to jest passé.

Był to niezmiernie ciekawy, potężny zryw tak zwanych Internetów przeciw czemuś, co postrzegano jako zagrożenie dla wolności korzystania z tego narzędzia.

Spotkanie

Przede wszystkim — nikt z uczestników pamiętnego styczniowego spotkania z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji nie spodziewał się tego co miało nastąpić.

Z jednej strony jest to świadectwo zaufania, jakim organizacje pozarządowe darzyły rząd (pamiętając obietnicę z 18. maja 2011, że prace nad ACTA zostaną wstrzymane do momentu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości); z drugiej — dowód kompletnej nieświadomości jeżeli idzie o wagę sprawy tego porozumienia ze strony odpowiedzialnych ministerstw: Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Gospodarki.

Po niezobowiązującym stwierdzeniu faktu, że porozumienie ma zostać podpisane w przeciągu tygodnia (czyli 26.01), przedstawiciele tych ministerstw najwyraźniej zamierzali po prostu przejść do następnych spraw.

W oczywisty sposób, nie było następnych spraw. Nastąpiło parę sekund ciszy, w czasie której przedstawiciele organizacji pozarządowych próbowali zrozumieć, co właśnie padło, prowadzący spotkanie minister Igor Ostrowski napisał jedną wiadomość na twitterze i zamarł w zaskoczeniu, przedstawiciele MG i MKiDN zaś wyglądali jak króliki na autostradzie, złapane w światła nadjeżdżającej ciężarówki: zaczynali rozumieć, że zbliża się coś niedobrego, ale jeszcze nie wiedzieli co i dlaczego...

Internety się budzą

Od tego momentu szybkość rozwoju sytuacji zaskoczyła wszystkich. Gdy pojawiły się pierwsze informacje o planach podpisania porozumienia, w Internecie zawrzało podobnie, jak zawrzało przy okazji Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Różnice były jednak zasadnicza:

  • temat ACTA obecny był w świadomości sporej liczby użytkowników Internetu od lat, napięcie się więc nabudowywało;
  • zostały przez stronę rządową złożone pewne obietnice, które zostały w drastyczny sposób złamane, osoby śledzące temat czuły się więc oszukane;
  • wyznaczona była konkretna, nieodległa data podpisania, czuć zatem było presję czasu.

Dodatkową niezmiernie ważną okolicznością był fakt, że protest angielskojęzycznego Internetu przeciwko SOPA i PIPA zakończył się dosłownie kilka godzin przed pojawieniem się informacji o planach podpisania ACTA, opinia publiczna była doskonale poinformowana o niebezpieczeństwach wynikających z tego typu regulacji i na bieżąco śledziła doniesienia z tymi tematami związane. Temat ACTA w naturalny sposób stał się kontynuacją doniesień o SOPA/PIPA, tyle że dotyczył już naszego podwórka.

Wszystko to spowodowało, że wyzwolona energia i aktywność Internetu były nieproporcjonalnie wyższa, niż w przypadku RSiUN. W przeciągu godzin zaczęły pojawiać się (zamiast, jak wówczas, listów otwartych i petycji) konkretne osoby organizujące manifestacje uliczne. Co niezmiernie ważne (i równie ciekawe), były to ruchy kompletnie oddolne, spontaniczne i nie związane z organizacjami pozarządowymi, które sygnalizowały problem ACTA od lat (jak Panoptykon, ISOC, FNP czy FWiOO).

Zasady działania

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że musimy (jako organizacje pozarządowe zaangażowane w temat ACTA) przyjąć rolę ekspertów i koordynatorów — po prostu na nic więcej nie znajdziemy czasu (tu się nie myliliśmy, zabierało nam to 100% czasu przez bity miesiąc). Naszym zadaniem od tego momentu stało się:

  • udostępnianie wiedzy, danych, pism, stanowisk dotyczących ACTA i dokumentów z nim związanych;
  • reagowanie na bieżące wydarzenia związane z tym tematem, w tym tworzenie jednoznacznego komunikatu dla mediów i przez nie (czasem sytuacja zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę);
  • próba wpłynięcia na organizatorów protestów z całego kraju tak, by odbywały się one zgodnie z prawem, były skoncentrowane na temacie ACTA, pokojowe i w miarę możliwości skoordynowane w czasie.

Całkiem organicznie pojawił się wniosek, uznany za oczywisty, że konieczna jest zasada "no logo" — czyli protestowanie prywatnie, bez nazw partii, bannerów organizacji, przeciw konkretnej sprawie. Wywołało to pewne niezadowolenie różnych środowisk — każdy chętnie podczepił by się pod taki ruch i popromował jego kosztem. Doskonale jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli którejkolwiek opcji politycznej uda się podczepić, będzie to oznaczało przegraną: zostaniemy zaszufladkowani i wtłoczeni w stare kategorie, a tym samym strywializowani.

Kto nie skacze

Aż nadszedł dzień pierwszych protestów na ulicach — dziesiątki tysięcy ludzi w całej Polsce wyszły na 30-stopniowy mróz by dać znać o swoim sprzeciwie wobec porozumienia.

Takich protestów w Polsce nie było od lat 80-tych. Obejmowały cały kraj, i to nie tylko duże miasta; były skoordynowane w czasie; były pokojowe; wszystkie dotyczyły jednej konkretnej sprawy, wszystkie miały takie same hasła na ustach i transparentach; brali w nich udział ludzie związani z ruchami z całego przekroju odcieni politycznych, ale wszyscy zgodzili się brać udział bez barw partyjnych i organizacyjnych; co ciekawe, politycy głównych partii, próbujący podczepić się pod ten zryw, ponosili sromotną klęskę.

Dzięki wspaniałej, konsekwentnej postawie organizatorów protestów udało się obronić przed upolitycznieniem całej sprawy, dzięki czemu stali obok siebie przedstawiciele prawicowych bojówek i organizacji anarchistycznych, a wraz z nimi osoby prezentujące pełne spektrum poglądów politycznych. Nikt nie czuł się wyobcowany ze względu na opcję polityczną, za którą się opowiada. To zaś przekładało się na ilość osób na ulicach.

Oznaczało to również, że ani politycy, ani media tak naprawdę nie wiedzieli, jak te masy ludzi opisać, jak je skategoryzować. Nie mieściło się to w tradycyjnych sposobach opisywania protestów w Polsce. To działało na naszą korzyść. Jak się okazało, ani politycy, ani media w Polsce nie są gotowe, nie potrafią opisywać oddolnych inicjatyw dotyczących konkretnych spraw, działających ponad (lub poza!) utartymi podziałami politycznymi czy społecznymi.

Popularność stron rządowych

Ta niemożność zaszufladkowania skończyła się wraz ze "wzrostem popularności" stron rządowych — jak rzecznik prasowy rządu określił początkowo akcję DDoS koordynowaną przez Anonymous. Gdy tylko zrozumieli swój błąd, przedstawiciele rządu natychmiast skorzystali z okazji i zaczęli sprowadzać cały społeczny ruch przeciwników ACTA do "hakerów, terrorystów", "atakujących" strony rządowe.

Oczywiście było to wyjątkowo wygodne dla strony rządowej (pozwalało przedstawić ruch anty-ACTA w bardzo negatywnym świetle) i dawało doskonały argument do odrzucenia postulatów tysięcy ludzi na ulicach i setek tysięcy w całej Polsce:
Nie ugniemy się przed szantażem.

Zdając sobie z tego sprawę, podjęliśmy próbę nawiązania kontaktu z Anonymous i doprowadzenia do zaprzestania ataków — i ku naszemu zdumieniu, udało się to osiągnąć.

Argument "z szantażu" został jednak użyty, i 26.01 ACTA została podpisana, również przez ambasadora Polski.

Protesty trwały jednak nadal — a media zaczęły publikować sondaże poparcia partii politycznych w związku z całym zamieszaniem.

Porozmawiajmy

To był właśnie argument nie do przebicia. Nagle okazało się, że to nie "anonimowi Internauci", a konkretni obywatele z prawem głosu nie pochwalają tej decyzji. Dla rządu wreszcie przestał to być jakiś zryw dzieciaków, "piratów" i "hakerów", a zaczął być poważny głos Wyborców, którego należy posłuchać.

Rząd uruchomił więc tryb ratowania sytuacji i na gwałt zaczął szukać sposobów "nawiązania dialogu" — czyli zrobienia czegoś, do czego nawoływaliśmy od lat... Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Lipowicz, uznała w swoim stanowisku, że wskazane jest przeprowadzenie debat na największych polskich uczelniach.

My zaś postanowiliśmy spotkać się w naszym gronie i ustalić, co dalej, przy okazji dzieląc się naszą wiedzą z organizatorami protestów, dając im narzędzia i informacje niezbędne do skutecznego kontynuowania działań. Zorganizowaliśmy więc Improwizowany Kongres Wolnego Internetu.

Na tym etapie rząd sprawiał wrażenie zdesperowanego. Na dzień przed Kongresem (w piątek wieczorem!) dostaliśmy zaproszenie na debatę z premierem i ministrami, która miała odbyć się... w najbliższy poniedziałek. Mogło to być albo bardzo sprytne zagranie (nie dające nam czasu na odpowiedź, jako że zaczynał się łikend), albo desperacka próba jak najszybszego rozładowania sytuacji. Fakt, że obecność na Kongresie (z godzinnym tylko wyprzedzeniem) zapowiedział w ostatniej chwili Minister Boni, sugeruje jednak to drugie.

Automatycznie jednym z głównych, a zarazem najtrudniejszym celem Kongresu stało się wypracowanie odpowiedzi na zaproszenie na debatę. Doszliśmy do wniosku, że w świetle zapraszania z dnia na dzień oraz efektów ponad roku rozmów z rządem w tej sprawie, odpowiedź może być tylko jedna: odmowna.

Postanowiliśmy jednak włączyć się w debatę za pomocą kanałów elektronicznych — tym bardziej, że prócz dość niefortunnie wybranych Facebooka i Twittera (zamknięte, prywatne sieci) udało się namówić organizujące debatę Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji do uwzględnienia również starego dobrego IRC, w postaci moderowanego kanału na serwerach Telecomix.

Debata trwała nieprzerwanie przez 7 godzin (co oczywiście oznaczało, że nie brakło momentów humorystycznych). Najwyraźniej jednak rząd zaczął poważnie traktować ten temat.

Premier się mylił

Aż wreszcie 17.02.2012 premier przyznał, że się mylił. Nie mniej od nas zaskoczone tą decyzją musiało być Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które dosłownie na dzień wcześniej wystosowało kolejne pismo broniące ACTA — bo czymże innym niż zaskoczeniem można tłumaczyć nagłą nieobecność dyrektora Skoczka na ogłoszonej jeszcze przed decyzją premiera, a odbywającą się trzy dni tej pamiętnej dacie, debacie na Uniwersytecie Śląskim.

Nad czym tu debatować

Debata ta była o tyle ważna, że była pierwszą z postulowanych przez RPO debat uniwersyteckich na temat ACTA, która odbyła się już po zmianie decyzji premiera. Zamiast o ACTA, debatowaliśmy więc bardziej o prawie autorskim.

Ten trend był też widoczny w późniejszych debatach na uczelniach. W ten sposób, niejako przypadkiem, rozpoczęła się dyskusja o jakże potrzebnej reformie prawa autorskiego — w którą włączają się już również kręgi rządowe.

25.03.2012

O prawie autorskim w Budapeszcie

en pl

Dzięki Fundacji Asimowa oraz wspaniałym ludziom z budapesztańskiego hakerspejsa miałem okazję — wraz z małym polskim dream teamem jeżeli chodzi o temat reformy prawa autorskiego — uczestniczyć w warsztacie V4 Paradigm Shift in Copyright.

Słowem, dwa dni główkowania nad prawem autorskim w towarzystwie ludzi z całej Grupy Wyszehradzkiej.

Moim zdaniem głównym osiągnięciem spotkania było nawiązanie kontaktów, poznanie się wzajemne ludzi, którzy do tej pory znali się tylko z Internetów (lub zgoła nie znali się wcale) — oraz poznanie sytuacji związanej z prawem autorskim w ich ojczyznach. Nie nastawialiśmy się na wynalezienie genialnej formuły rozwiązującej problem praw autorskich w dobie cyfrowej. Zderzaliśmy swoje pomysły z sytuacją w innych krajach, oraz z pomysłami innych aktywistów.

Jeden niezmiernie ważny wynik udało się jednak osiągnąć: to dojście wspólnie do wniosku, że koniecznie musimy popracować nad językiem, którym mówimy. Cała dyskusja o prawie autorskim obecnie odbywa się w języku narzuconym przez jedną stronę, to zaś bardzo ogranicza możliwości wypracowania sensownych, kompromisowych rozwiązań.

Zaczęliśmy zatem tworzyć bardzo wstępne zręby nowego słownika.

Najważniejsze wydaje się ustalenie, że termin "własność intelektualna" jest absolutnie nie do przyjęcia. Po pierwsze, nic, co jest opisywane tym terminem, de facto nie jest własnością, a tylko czasowym monopolem. Po drugie, termin ten obejmuje sztucznie przede wszystkim:

  • prawa autorskie;
  • prawa do znaków towarowych;
  • prawa patentowe.

To są trzy zupełnie różne dziedziny, i powinny być traktowane kompletnie oddzielnie. Używanie tego terminu, czy tworzenie jakiegokolwiek synonimu, niepotrzebnie komplikuje sprawy (co bez wątpienia jest w smak zwolennikom używania tego terminu).


Osobiście dla mnie dodatkowym dużym plusem była możliwość spokojnego pogadania z Amelią Andersdotter. Drapiąca w mózg rozmowa o prywatyzacji infrastruktury, oraz związanych z nią problemami w podtrzymywaniu praw i wolności w Internecie. Ten temat jeszcze pewnie poruszę.

23.03.2012

Kościoła poczucie odpowiedzialności

pl

Jak pewnie zauważyli ci-co-mnie-czytają (a ponoć tacy są), Kościół Katolicki jest dla mnie niewyczerpanym źródłem zdziwienia. Dziś na przykład zdziwienie bierze się z refleksji nad poczuciem odpowiedzialności, które przejawia się w jego działaniach i wypowiedziach.

Dość bowiem jasne jest, że Kościół poczuwa się (z jakichś sobie tylko znanych względów) do odpowiedzialności za życie seksualne ludzkości, skoro tak ostro walczy z homoseksualizmem, seksem przedmałżeńskim czy antykoncepcją.

Zadziwiające jednak, że jednocześnie nie czuje takiej samej odpowiedzialności za życie seksualne księży — co chyba nie wynika z niezrozumienia, jako że widoczne jest podejście dość pragmatyczne. Pragmatyzm ten zaś potrafił przejawiać się groteskowo i drastycznie.

Widać to również w sprawach bardziej przyziemnych. Kościół czuje się najwyraźniej w jakimś stopniu odpowiedzialny za finanse państwa, skoro próbuje wpływać na decyzje ich dotyczące. Ciekawe jednak, że nie czuje takiej samej odpowiedzialności w sytuacji znacznie mniejszego formatu, w której nieutrzymywany poprawnie mur zabytkowego cmentarza (będący własnością i odpowiedzialnością Kurii Metropolitarnej Warszawskiej) zawala się, uszkadzając prywatne groby. Albowiem za groby odpowiada rodzina.

Pytanie, czy format odpowiedzialności za mały, czy też może potencjalny przepływ środków finansowych jest w złym kierunku?