To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.
Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.
Po raz kolejny – siódmy już – wziąłem udział w
Międzynarodowych
Długodystansowych Mistrzostwach Polski w Klasie DZ,
organizowanych przez Stowarzyszenie
“Mazurska Szkoła Żeglarstwa” oraz Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i
Turystyki Wodnej (czyli tak zwany “Almatur”) w Giżycku. I
po raz kolejny przekonałem się, że nawet najlepszy pomysł – a pomysł
długodystansowych, niemalże 24-godzinnych regat wiosłowo-żaglowych na
Mazurach jest pomysłem doskonałym! – można koncertowo zepsuć fatalnym
wykonaniem.
Do tego stopnia, że mimo doskonałej
zabawy na wodzie, mimo tak zwanego niedźwiedziego mięsa, świetnej
atmosfery między załogami i zaciętej, satysfakcjonującej rywalizacji –
nie wiem, czy w przyszłym roku wystartuję.
Baza
Bazą Regat jest dawny Almatur, znany mazurskim żeglarzom
relikt PRL-u nad Kisajnem, który ostatnimi czasy aktywnie stara się
promować swoją nową nazwę – “Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i
Turystyki Wodnej”, najwyraźniej w płonnym przekonaniu, że
stosowanie zaklęcia “międzynarodowy” (“Międzynarodowe
Centrum…”; “Międzynarodowe Mistrzostwa…”) odwróci uwagę od
długiej listy podstawowych braków.
Malowniczo położony, nieźle skomunikowany ośrodek nie posiada
infrastruktury, umiejętności ani najwyraźniej chęci(!) obsłużenia
porządnie regat, w których jeszcze parę lat temu startowało
ponad 40 załóg: jak łatwo policzyć, przy średniej wielkości
załodze na poziomie 8 osób oznacza to ponad 300 uczestników, co wydawać
by się mogło łakomym kąskiem. Wygląda jednak na to, że dla
MCŻiTW takie (nagłe? niespodziewane?) obłożenie stanowi jedynie
problem (wyraźnie daje się to odczuć, więc plus za szczerość w
kontaktach).
Obsługa portu oraz pracownicy recepcji (z nielicznymi, szczytnymi
wyjątkami) traktują uczestników jak namolnych petentów, zawracających im
niepotrzebnie ich szacowne cztery litery swoimi nieistotnymi problemami.
Przepływ informacji pomiędzy pracownikami MCŻiTW jest bliski
zera – próba wypożyczenia na czas regat żaglówki zarezerwowanej
osobiście i potwierdzonej telefonicznie okazała się zadaniem
niemożliwym.
Główna baza noclegowa to kilkanaście domków typu Brda oraz
pokoje w nieco (ale tylko nieco!) bardziej cywilizowanych murowanych
domkach. O węzeł sanitarny w pokoju można nawet nie pytać. Jak się
dowiedziałem, telewizor i radio są ponoć na wyposażeniu pokojów, jednak
w pokoju, który miałem okazję zwiedzać obsługa z rozbrajającą
szczerością zakomunikowała, że są – ale nie działają.
Domki Brda składają się z kilku malutkich klitek jedno- do
trzy-osobowych, co samo w sobie nie jest specjalnie problematyczne –
mają swój klimat i są znacznie lepszym wyjściem, niż namiot, zwłaszcza,
że można wziąć cały domek na potrzeby załogi. Co jest problematyczne, to
to, że niestety klucz do drzwi wejściowych jest jeden. Najwyraźniej nikt
nie wpadł na pomysł, że możliwość otwarcia i zamknięcia domku przydała
by się każdemu posiadaczowi klucza do dowolnego z pokojów wewnątrz. To
oczywiście rodzi sytuacje komiczne z serii “gdzie jest klucz”.
Prysznice, miło mi zakomunikować, są (płatne). Razem z toaletami
(bezpłatnymi). W wydzielonym budynku. O ile jednak toalety (w
standardzie nieco lepszym niż sławojki) czynne są całą dobę, o tyle
prysznice – przynajmniej w teorii – od 09:00 do
11:00 rano oraz od 18:00 do 21:00
wieczorem. W teorii, ponieważ gdy zechcesz, drogi kliencie, skorzystać z
prysznica na pół godziny przed końcem wieczornego terminu, pocałować
możesz klamkę. Próba wyjaśnienia sprawy na recepcji skończy się
skwitowaniem “zapewne pani
miała źle ustawiony zegarek”. Zapewne…
Tematem samym w sobie jest “Kawiarnia Szklanka”, czyli
parodia bazy gastronomicznej (doskonale wpasowująca się wystrojem i
nastrojem do skansenu czasów dawno i słusznie minionych, jaki stanowi
reszta ośrodka), której właściciel narzeka na brak konkurencji i zbyt
duży – jego zdaniem – ruch w czasie regat. Bareja pękłby z dumy!
Zjedzenie zwykłej jajecznicy jest przygodą na minimum 45 minut, i to
jedynie wtedy, gdy “jest luz”, czyli gdy liczba jednoczesnych zamówień
nie przekracza 3. Po przekroczeniu tej liczby magicznej nikt nie
zagwarantuje nam ani kiedy, ani co tak naprawdę dostaniemy; miewa to w
sobie nieco uroku i zapewnia dreszczyk emocji, jednak nie tego oczekuję
po śniadaniu przed wyjściem na 20-godzinne regaty…
Nie dziwi więc, że w tym roku jedynie 20 dezet stanęło w
szranki, a bardzo ciekawa i przyciągająca stały skład
sympatycznych załóg na interesujących jednostkach klasa Open
pozostała całkowicie pusta.
Zespół regat
W porównaniu z rokiem ubiegłym (i poprzednimi) skład sędziowski
zmienił się o tyle, że w tym roku Przewodniczącą Składu Sędziowskiego
była p. Dorota Michalczyk. Nadzieje na to, że zmiana sędziego głównego
zmieni cokolwiek w stylu i jakości sędziowania niestety okazały się
płonne. Poziom sędziowania odpowiadał w stu procentach poziomowi bazy
regat oraz poziomowi organizatora.
Słowem, jak zwykle spotkaliśmy się z daleko posuniętym brakiem
koordynacji, kompetencji, wyczucia oraz… zwykłego szacunku dla
załóg.
To stało się ewidentne już na odprawie sterników, na której – jak się
okazało – dopiero ustalana była trasa. Do tego momentu
ustalone było jedynie, że nie będzie punktu trasy w Węgorzewie, ze
względu na konieczność przewiosłowania Węgorapy (co przy ograniczonej w
tym roku dopuszczalnej ilości wioseł mogło by być problematyczne dla
części załóg).
Podczas odprawy dyskutowane(!) były zatem kolejne warianty punktu
trasy na północy jeziora Mamry, co okazało się przedsięwzięciem dość
karkołomnym, jako że przedstawiciel organizatora p. Winiarczyk (jak sam
przyznał) “nie był tam od 20 lat”.
Ostatecznie stanęło na przystani na Mamerkach, tuż obok wejścia do Kanału
Mazurskiego. Wybór o tyle problematyczny, że jest to miejsce
niezmiernie popularne pośród żeglarzy, nie posiada przy tym wygodnego
punktu do odbioru karteczek potwierdzających zaliczenie punktu – co
zostało zasygnalizowane p. Winiarczykowi oraz sędziom przez część
sterników. Przedstawiciel organizatora regat skwitował to krótko,
mówiąc, że “jakoś będziecie musieli Państwo tam dopłynąć” oraz
“tam jest płytko, można wyskoczyć i podejść”, prezentując
jednocześnie brak szacunku dla załóg oraz niezważanie na ich
bezpieczeństwo (proszę sobie wyobrazić nocne podejście kilku załóg na
raz, gdy niezbędne okazało by się wyskoczenie załogantów do wody
pomiędzy ścigające się łódki!).
Sugestia postawienia na wodzie motorówki na kotwicy, która była by
bezpiecznym i wysuniętym punktem odbioru karteczek zbita została
pytaniem retorycznym, “czyja miała by to być motorówka” (choć
oczywiste wydaje się, że mogła by to być motorówka organizatora).
Jak okazało się na miejscu, punkt był kompletnie nieprzygotowany,
przy kei faktycznie stały postronne żaglówki, a właściciel przystani
dowiedział się o tym, że służyć będzie ona za punkt trasy regatom… w
momencie przyjazdu przedstawicieli składu sędziowskiego, który (jak
dowiedzieliśmy się od osób na lądzie) po prostu bezceremonialnie
przystąpił do swoich czynności. Znów brak szacunku dla załóg, dla osób
postronnych, dla wymogów bezpieczeństwa.
Efekt? Zderzenie jednej z uczestniczących w regatach łodzi z
przycumowaną przy kei żaglówką, uszkodzone jarzmo steru, załogant w
wodzie; wzajemne żale, strata czasu, niepotrzebny stres zarówno dla
regatowców jak i dla niczego nie spodziewających się żeglarzy przy
spokojnej, wydawać by się mogło, przystani na Mamerkach…
W trakcie odprawy dowiedzieliśmy się, że ze względu na kłopoty z
dotarciem na czas jednej z załóg start zostanie przesunięty z godziny
13:00 na 13:30. To rzecz jasna nie budziło
specjalnych wątpliwości, wszystkie obecne załogi solidarnie zgodziły się
na takie rozwiązanie. Wzięliśmy więc materiały dla załóg (szumna w
istocie nazwa – składały się z informacji pisemnej, zawierającej zresztą
błędnie podane daty, oraz niewyraźnego ksero mapy akwenu – w tym roku
nawet bez zaznaczonej trasy!) i udaliśmy się do łodzi.
Na wodę wyszliśmy ok. godziny 12:30, by mieć czas zająć
pozycję, sprawdzić sprzęt, “opływać się” chwilę przed startem. Gdy
zbliżała się wyczekiwana godzina startu, obserwowaliśmy kolejne sygnały
procedury (5min, 4min, 1min, start) wypracowując sobie pozycję, która
pozwoliła nam jako pierwszej załodze przekroczyć linię startu…
…Po to tylko, by zauważyć po paru minutach, że załogi, które wraz z
nami wystartowały, kolejno zaczynają wracać za linię startu. Nie było
wprawdzie flagi falstartu zbiorowego, jednak najwyraźniej coś było nie
tak – postanowiliśmy więc i my wrócić i dowiedzieć się, co się
dzieje.
Okazało się, że sędziowie postanowili poczekać dodatkowe 15 minut na
spóźnioną załogę i odwołali start sygnałem, który nie został wcześniej
zakomunikowany żadnej z załóg! Rzecz jasna, nikt nie został również
powiadomiony telefonicznie bądź SMSem, mimo iż numery do wszystkich
załóg sędziowie mieli.
Wróciliśmy więc za linię startu, nie mieliśmy już jednak możliwości
wypracować tak dobrej pozycji jak przy pierwszym podejściu.
Już w trakcie biegu (po kilku godzinach od startu) sędziowie
postanowili podjąć decyzję (czy gremialnie, czy jednoosobowo w osobie
sędziego na motorówce pod Gilmą, nie dowiemy się pewnie nigdy) o
dopuszczeniu do użycia na trasie czterech wioseł przy
postawionych jednocześnie żaglach, pod warunkiem,
“że będzie słaby wiatr”.
Ostrość kryterium odpowiada przejrzystości decyzji i skuteczności
poinformowania załóg, które w zdecydowanej większości nie otrzymały tej
informacji z pierwszej ręki od sędziego pod Gilmą; sędziowie nie
skorzystali też (znów!) z numerów, które zbierali na odprawie sterników…
My o tej decyzji dowiedzieliśmy się, wraz z większością uczestników, w
porcie po zakończeniu biegu. Oczywiście widzieliśmy kilka załóg
korzystających z nowych zasad. Nie wiedząc o zmianie, spodziewaliśmy się
zgłosić to sędziom w trybie protestu – do czego oczywiście w tej
sytuacji nie doszło.
W związku z tą niejasną, dziwną sytuacją doszło natomiast nawet do zwrócenia
medali przez jedną z załóg. Okazało się bowiem, że nawet
sędzia główna nie zarejestrowała informacji, że na czterech wiosłach i
żaglach jednocześnie jednak można…
Kolejną wizjonerską decyzją sędziów było ustalenie kierunku ruchu na
boi w Giżycku. Mijając boję jako boję kursową załogi miały brać ją burtą
lewą; mijając boję jako wyznaczającą metę – burtą prawą. Biorąc pod
uwagę, że stawka (jak co roku, nie było to więc zaskakujące w
najmniejszym stopniu) rozciągnęła się znacznie, a boję tę mijało się na
trasie jako boję kursową 2 razy (plus raz jako wyznaczającą metę),
jestem ciekaw jak sędziowie wyobrażali sobie sytuację, w której załoga
mająca przed sobą jeszcze Sztynort wchodzi na boję tak, by wziąć ją
burtą lewą, gdy w tym samym momencie załoga kończąca bieg wchodzi na nią
od drugiej strony. Co by się działo, gdy z którejkolwiek strony trwa
walka o miejsce?
Bo przecież szanowny skład sędziowski na pewno przewidział taką
sytuację i brał ją pod uwagę?..
Utracona szansa
Międzynarodowe Długodystansowe Mistrzostwa Polski w Klasie
DZ mają wspaniałą formułę, niespotykaną przy żadnych innych
regatach organizowanych na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Regularnie
ściągają załogi z Czech, Niemiec, Łotwy czy Litwy. Z niewielkimi tylko
wyjątkami wśród załóg panuje atmosfera koleżeńskiej rywalizacji –
załogi, które najbardziej zacięcie walczą na wodzie, najbardziej
serdecznie gratulują sobie wzajemnie walki i zwycięstwa na lądzie (o
czym miałem się okazję przekonać po wielokroć).
A jednak z roku na rok załóg jest mniej, czego najdobitniejszym
wyrazem jest pusta w tym roku klasa Open. W świetle
nieprofesjonalnej organizacji, słabej pracy sędziów, nieliczenia się z
załogami – nie może to jednak dziwić.
Szkoda wielka, bo regaty te miały wspaniały potencjał.