Przejdź do treści

Pieśni o Bezpieczeństwie Sieci
blog Michała "ryśka" Woźniaka

Czarny PR wokół e-Podręczników

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Czarna kampania przeciwko e-podręcznikom jest dobrze przemyślanym atakiem na nasze prawo do edukacji. Zwolennicy otwartych zasobów edukacyjnych od lat walczą o zasoby dostępne na licencjach pozwalających kopiować, modyfikować, rozpowszechniać – tak, by nauczyciel nie bał się skopiować uczniowi programu, którego używa, czy podręcznika, z którego uczy. Ta wolność zagrożona jest przez partykularne interesy kilku firm wydawniczych.

Sezon ogórkowy powoli dobiega końca, na horyzoncie wrzesień – i szkoła. Również ta cyfrowa. A wraz z nią e-podręczniki.

Dużo atramentu wylano już w tym temacie, głównie przeciwko planowi elektronicznych podręczników i zasobów edukacyjnych dostępnych na wolnych licencjach. Co warto zauważyć: o ile ostrze krytyki zwykle zwrócone było przeciwko kwestiom finansowym, technicznym czy proceduralnym, o tyle to, co tak naprawdę jest dla inicjatorów tej kampanii nie do przyjęcia – to właśnie wolne licencje.

Czym są wolne licencje?

W każdym podręczniku na pierwszej lub ostatniej stronie znajdziemy tekst “wszelkie prawa zastrzeżone”. To przypomnienie, że prawo autorskie obejmuje również podręczniki, i że wymagana jest jednoznaczna zgoda właścicieli praw (autorów, wydawcy) na jego kopiowanie, rozpowszechnianie czy modyfikowanie.

Wolne licencje odwracają tę sytuację, z góry dając każdemu prawo kopiowania, modyfikacji i rozpowszechniania dzieła pod warunkiem podania informacji, kto jest oryginalnym autorem. Nie musimy zatem zastanawiać się, czy możemy podzielić się ze znajomymi muzyką pobraną z Jamendo, ani czy wolno nam wykorzystać artykuł z Wikipedii – licencje wykorzystywane na tych stronach mówią nam wprost i z definicji “tak”.

To ma oczywiście bardzo dużo sensu w edukacji. Otwarte zasoby edukacyjne pozwalają nauczycielom i uczniom bez obaw o naruszanie prawa korzystać i dzielić się materiałami, uzupełniać je i ulepszać, wreszcie – publikować własne wersje. To jest sprawdzony model Wikipedii czy wolnego oprogramowania, tyle że w przypadku edukacji wynikiem są nie tylko lepsze, pełniejsze i bardziej aktualne treści, lecz również bardziej zaangażowani nauczyciele oraz lepiej orientujący się w cyfrowym świecie i swoich prawach uczniowie.

Przekłada się to również na kieszeń rodziców (zwłaszcza z rodzin wielodzietnych), którzy nie muszą z roku na rok kupować nowych zestawów książek dla swoich pociech – otwarte zasoby edukacyjne łatwo pozostają “na czasie”. Wystarczy pobrać nowszą wersję lub uaktualnić starą. Do tego wszystkiego prawa dają nam wolne licencje.

Z punktu widzenia niemal wszystkich zaangażowanych w proces edukacyjny – uczniów, rodziców, nauczycieli – wolne licencje są ogromnym krokiem naprzód. Pozwalają wyzwolić kreatywność, zaoszczędzić pieniądze, dać praktyczne pojęcie o prawie autorskim, walczyć z wykluczeniem, utrzymać aktualność treści…

Taka kultura dzielenia się jest jednak (pozornie) nie do pogodzenia z modelami biznesowymi dużych firm wydawniczych, co owocuje obecną kampanią czarnego PR przeciwko e-podręcznikom. Pytanie brzmi, czy ta czysto biznesowa kwestia powinna być problemem uczniów, rodziców, nauczycieli i urzędników?..

Wolny biznes

Wbrew przekonaniu wydawców, istnieją przykłady jak można zarabiać na otwartych zasobach edukacyjnych i na dziełach objętych wolnymi licencjami.

Skoro otwarte zasoby edukacyjne objęte są wolnymi licencjami, również wydawcy mogą z nich korzystać do woli, niezależnie od tego, kto je przygotował. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by wydawcy przygotowywali profesjonalne wersje papierowe tych materiałów, przecież niejeden rodzic skusi się na ich kupno, zamiast drukować w domu! Być może do podręczników będą potrzebne testy, zeszyty ćwiczeń czy materiały dodatkowe – dzięki wolnej licencji na podręcznik, każdy wydawca będzie mógł je przygotować.

Nie ma żadnych przeciwwskazań, by wydawcy (np. na zlecenie) przygotowali wersje dostosowane do konkretnych, specyficznych profili klas – usuwając część danego podręcznika czy rozszerzając pewne jego działy. Nie dość, że mogli by to zrobić – to ta możliwość jest właśnie jednym z argumentów za otwartymi zasobami edukacyjnymi!

Zaklinanie rzeczywistości

Biznes wydawniczy nie chce tego widzieć i zaakceptować, bo oznaczało by to zmiany. Zamiast więc spróbować dostosować się do nowych realiów i znaleźć metody zarabiania nie kłócące się z wolnymi licencjami (oraz przyszłością edukacji w Polsce) – woli traktować je jak “problem”, który trzeba “rozwiązać” za pomocą agencji PR i prawników.

Zmiany rzecz jasna przyjdą, niezależnie od zaklinania rzeczywistości przez ich przeciwników; widzą to duże instytucje edukacyjne na świecie: Uniwersytet Harvarda poprosił niedawno swoich pracowników naukowych o publikowanie prac na wolnych licencjach, zamiast w uznanych periodykach naukowych – co ma pozwolić uczelni zaoszczędzić 3.5 miliona dolarów rocznie, jednocześnie zwiększając dostępność prac naukowych.

Polska edukacja ma szansę nie tylko czerpać z tego przykładu, ale i pójść krok dalej. Program polskich e-podręczników na wolnych licencjach wywołuje żywe zainteresowanie w środowiskach związanych z edukacją na całym świecie. W dziedzinie otwartej edukacji Polska może stać się niekwestionowanym liderem.

Czy zyski kilku wydawnictw powinny stać na drodze lepszej, tańszej i bardziej nowoczesnej edukacji?


Tekst ukazał się w numerze 4/2012 (27) Mazowieckiego Kwartalnika Edukacyjnego “Meritum”

Regaty utracone

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Po raz kolejny – siódmy już – wziąłem udział w Międzynarodowych Długodystansowych Mistrzostwach Polski w Klasie DZ, organizowanych przez Stowarzyszenie “Mazurska Szkoła Żeglarstwa” oraz Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej (czyli tak zwany “Almatur”) w Giżycku. I po raz kolejny przekonałem się, że nawet najlepszy pomysł – a pomysł długodystansowych, niemalże 24-godzinnych regat wiosłowo-żaglowych na Mazurach jest pomysłem doskonałym! – można koncertowo zepsuć fatalnym wykonaniem.

Do tego stopnia, że mimo doskonałej zabawy na wodzie, mimo tak zwanego niedźwiedziego mięsa, świetnej atmosfery między załogami i zaciętej, satysfakcjonującej rywalizacji – nie wiem, czy w przyszłym roku wystartuję.

Baza

Bazą Regat jest dawny Almatur, znany mazurskim żeglarzom relikt PRL-u nad Kisajnem, który ostatnimi czasy aktywnie stara się promować swoją nową nazwę – “Międzynarodowe Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej”, najwyraźniej w płonnym przekonaniu, że stosowanie zaklęcia “międzynarodowy” (“Międzynarodowe Centrum…”; “Międzynarodowe Mistrzostwa…”) odwróci uwagę od długiej listy podstawowych braków.

Malowniczo położony, nieźle skomunikowany ośrodek nie posiada infrastruktury, umiejętności ani najwyraźniej chęci(!) obsłużenia porządnie regat, w których jeszcze parę lat temu startowało ponad 40 załóg: jak łatwo policzyć, przy średniej wielkości załodze na poziomie 8 osób oznacza to ponad 300 uczestników, co wydawać by się mogło łakomym kąskiem. Wygląda jednak na to, że dla MCŻiTW takie (nagłe? niespodziewane?) obłożenie stanowi jedynie problem (wyraźnie daje się to odczuć, więc plus za szczerość w kontaktach).

Obsługa portu oraz pracownicy recepcji (z nielicznymi, szczytnymi wyjątkami) traktują uczestników jak namolnych petentów, zawracających im niepotrzebnie ich szacowne cztery litery swoimi nieistotnymi problemami. Przepływ informacji pomiędzy pracownikami MCŻiTW jest bliski zera – próba wypożyczenia na czas regat żaglówki zarezerwowanej osobiście i potwierdzonej telefonicznie okazała się zadaniem niemożliwym.

Główna baza noclegowa to kilkanaście domków typu Brda oraz pokoje w nieco (ale tylko nieco!) bardziej cywilizowanych murowanych domkach. O węzeł sanitarny w pokoju można nawet nie pytać. Jak się dowiedziałem, telewizor i radio są ponoć na wyposażeniu pokojów, jednak w pokoju, który miałem okazję zwiedzać obsługa z rozbrajającą szczerością zakomunikowała, że są – ale nie działają.

Domki Brda składają się z kilku malutkich klitek jedno- do trzy-osobowych, co samo w sobie nie jest specjalnie problematyczne – mają swój klimat i są znacznie lepszym wyjściem, niż namiot, zwłaszcza, że można wziąć cały domek na potrzeby załogi. Co jest problematyczne, to to, że niestety klucz do drzwi wejściowych jest jeden. Najwyraźniej nikt nie wpadł na pomysł, że możliwość otwarcia i zamknięcia domku przydała by się każdemu posiadaczowi klucza do dowolnego z pokojów wewnątrz. To oczywiście rodzi sytuacje komiczne z serii “gdzie jest klucz”.

Prysznice, miło mi zakomunikować, są (płatne). Razem z toaletami (bezpłatnymi). W wydzielonym budynku. O ile jednak toalety (w standardzie nieco lepszym niż sławojki) czynne są całą dobę, o tyle prysznice – przynajmniej w teorii – od 09:00 do 11:00 rano oraz od 18:00 do 21:00 wieczorem. W teorii, ponieważ gdy zechcesz, drogi kliencie, skorzystać z prysznica na pół godziny przed końcem wieczornego terminu, pocałować możesz klamkę. Próba wyjaśnienia sprawy na recepcji skończy się skwitowaniem “zapewne pani opłaty za prysznice miała źle ustawiony zegarek”. Zapewne…

Tematem samym w sobie jest “Kawiarnia Szklanka”, czyli parodia bazy gastronomicznej (doskonale wpasowująca się wystrojem i nastrojem do skansenu czasów dawno i słusznie minionych, jaki stanowi reszta ośrodka), której właściciel narzeka na brak konkurencji i zbyt duży – jego zdaniem – ruch w czasie regat. Bareja pękłby z dumy!

Zjedzenie zwykłej jajecznicy jest przygodą na minimum 45 minut, i to jedynie wtedy, gdy “jest luz”, czyli gdy liczba jednoczesnych zamówień nie przekracza 3. Po przekroczeniu tej liczby magicznej nikt nie zagwarantuje nam ani kiedy, ani co tak naprawdę dostaniemy; miewa to w sobie nieco uroku i zapewnia dreszczyk emocji, jednak nie tego oczekuję po śniadaniu przed wyjściem na 20-godzinne regaty…

Nie dziwi więc, że w tym roku jedynie 20 dezet stanęło w szranki, a bardzo ciekawa i przyciągająca stały skład sympatycznych załóg na interesujących jednostkach klasa Open pozostała całkowicie pusta.

Zespół regat

W porównaniu z rokiem ubiegłym (i poprzednimi) skład sędziowski zmienił się o tyle, że w tym roku Przewodniczącą Składu Sędziowskiego była p. Dorota Michalczyk. Nadzieje na to, że zmiana sędziego głównego zmieni cokolwiek w stylu i jakości sędziowania niestety okazały się płonne. Poziom sędziowania odpowiadał w stu procentach poziomowi bazy regat oraz poziomowi organizatora.

Słowem, jak zwykle spotkaliśmy się z daleko posuniętym brakiem koordynacji, kompetencji, wyczucia oraz… zwykłego szacunku dla załóg.

To stało się ewidentne już na odprawie sterników, na której – jak się okazało – dopiero ustalana była trasa. Do tego momentu ustalone było jedynie, że nie będzie punktu trasy w Węgorzewie, ze względu na konieczność przewiosłowania Węgorapy (co przy ograniczonej w tym roku dopuszczalnej ilości wioseł mogło by być problematyczne dla części załóg).

Podczas odprawy dyskutowane(!) były zatem kolejne warianty punktu trasy na północy jeziora Mamry, co okazało się przedsięwzięciem dość karkołomnym, jako że przedstawiciel organizatora p. Winiarczyk (jak sam przyznał) “nie był tam od 20 lat”.

Ostatecznie stanęło na przystani na Mamerkach, tuż obok wejścia do Kanału Mazurskiego. Wybór o tyle problematyczny, że jest to miejsce niezmiernie popularne pośród żeglarzy, nie posiada przy tym wygodnego punktu do odbioru karteczek potwierdzających zaliczenie punktu – co zostało zasygnalizowane p. Winiarczykowi oraz sędziom przez część sterników. Przedstawiciel organizatora regat skwitował to krótko, mówiąc, że “jakoś będziecie musieli Państwo tam dopłynąć” oraz “tam jest płytko, można wyskoczyć i podejść”, prezentując jednocześnie brak szacunku dla załóg oraz niezważanie na ich bezpieczeństwo (proszę sobie wyobrazić nocne podejście kilku załóg na raz, gdy niezbędne okazało by się wyskoczenie załogantów do wody pomiędzy ścigające się łódki!).

Sugestia postawienia na wodzie motorówki na kotwicy, która była by bezpiecznym i wysuniętym punktem odbioru karteczek zbita została pytaniem retorycznym, “czyja miała by to być motorówka” (choć oczywiste wydaje się, że mogła by to być motorówka organizatora).

Jak okazało się na miejscu, punkt był kompletnie nieprzygotowany, przy kei faktycznie stały postronne żaglówki, a właściciel przystani dowiedział się o tym, że służyć będzie ona za punkt trasy regatom… w momencie przyjazdu przedstawicieli składu sędziowskiego, który (jak dowiedzieliśmy się od osób na lądzie) po prostu bezceremonialnie przystąpił do swoich czynności. Znów brak szacunku dla załóg, dla osób postronnych, dla wymogów bezpieczeństwa.

Efekt? Zderzenie jednej z uczestniczących w regatach łodzi z przycumowaną przy kei żaglówką, uszkodzone jarzmo steru, załogant w wodzie; wzajemne żale, strata czasu, niepotrzebny stres zarówno dla regatowców jak i dla niczego nie spodziewających się żeglarzy przy spokojnej, wydawać by się mogło, przystani na Mamerkach…

W trakcie odprawy dowiedzieliśmy się, że ze względu na kłopoty z dotarciem na czas jednej z załóg start zostanie przesunięty z godziny 13:00 na 13:30. To rzecz jasna nie budziło specjalnych wątpliwości, wszystkie obecne załogi solidarnie zgodziły się na takie rozwiązanie. Wzięliśmy więc materiały dla załóg (szumna w istocie nazwa – składały się z informacji pisemnej, zawierającej zresztą błędnie podane daty, oraz niewyraźnego ksero mapy akwenu – w tym roku nawet bez zaznaczonej trasy!) i udaliśmy się do łodzi.

Na wodę wyszliśmy ok. godziny 12:30, by mieć czas zająć pozycję, sprawdzić sprzęt, “opływać się” chwilę przed startem. Gdy zbliżała się wyczekiwana godzina startu, obserwowaliśmy kolejne sygnały procedury (5min, 4min, 1min, start) wypracowując sobie pozycję, która pozwoliła nam jako pierwszej załodze przekroczyć linię startu…

…Po to tylko, by zauważyć po paru minutach, że załogi, które wraz z nami wystartowały, kolejno zaczynają wracać za linię startu. Nie było wprawdzie flagi falstartu zbiorowego, jednak najwyraźniej coś było nie tak – postanowiliśmy więc i my wrócić i dowiedzieć się, co się dzieje.

Okazało się, że sędziowie postanowili poczekać dodatkowe 15 minut na spóźnioną załogę i odwołali start sygnałem, który nie został wcześniej zakomunikowany żadnej z załóg! Rzecz jasna, nikt nie został również powiadomiony telefonicznie bądź SMSem, mimo iż numery do wszystkich załóg sędziowie mieli.

Wróciliśmy więc za linię startu, nie mieliśmy już jednak możliwości wypracować tak dobrej pozycji jak przy pierwszym podejściu.

Już w trakcie biegu (po kilku godzinach od startu) sędziowie postanowili podjąć decyzję (czy gremialnie, czy jednoosobowo w osobie sędziego na motorówce pod Gilmą, nie dowiemy się pewnie nigdy) o dopuszczeniu do użycia na trasie czterech wioseł przy postawionych jednocześnie żaglach, pod warunkiem, “że będzie słaby wiatr”.

Ostrość kryterium odpowiada przejrzystości decyzji i skuteczności poinformowania załóg, które w zdecydowanej większości nie otrzymały tej informacji z pierwszej ręki od sędziego pod Gilmą; sędziowie nie skorzystali też (znów!) z numerów, które zbierali na odprawie sterników… My o tej decyzji dowiedzieliśmy się, wraz z większością uczestników, w porcie po zakończeniu biegu. Oczywiście widzieliśmy kilka załóg korzystających z nowych zasad. Nie wiedząc o zmianie, spodziewaliśmy się zgłosić to sędziom w trybie protestu – do czego oczywiście w tej sytuacji nie doszło.

W związku z tą niejasną, dziwną sytuacją doszło natomiast nawet do zwrócenia medali przez jedną z załóg. Okazało się bowiem, że nawet sędzia główna nie zarejestrowała informacji, że na czterech wiosłach i żaglach jednocześnie jednak można…

Kolejną wizjonerską decyzją sędziów było ustalenie kierunku ruchu na boi w Giżycku. Mijając boję jako boję kursową załogi miały brać ją burtą lewą; mijając boję jako wyznaczającą metę – burtą prawą. Biorąc pod uwagę, że stawka (jak co roku, nie było to więc zaskakujące w najmniejszym stopniu) rozciągnęła się znacznie, a boję tę mijało się na trasie jako boję kursową 2 razy (plus raz jako wyznaczającą metę), jestem ciekaw jak sędziowie wyobrażali sobie sytuację, w której załoga mająca przed sobą jeszcze Sztynort wchodzi na boję tak, by wziąć ją burtą lewą, gdy w tym samym momencie załoga kończąca bieg wchodzi na nią od drugiej strony. Co by się działo, gdy z którejkolwiek strony trwa walka o miejsce?

Bo przecież szanowny skład sędziowski na pewno przewidział taką sytuację i brał ją pod uwagę?..

Utracona szansa

Międzynarodowe Długodystansowe Mistrzostwa Polski w Klasie DZ mają wspaniałą formułę, niespotykaną przy żadnych innych regatach organizowanych na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Regularnie ściągają załogi z Czech, Niemiec, Łotwy czy Litwy. Z niewielkimi tylko wyjątkami wśród załóg panuje atmosfera koleżeńskiej rywalizacji – załogi, które najbardziej zacięcie walczą na wodzie, najbardziej serdecznie gratulują sobie wzajemnie walki i zwycięstwa na lądzie (o czym miałem się okazję przekonać po wielokroć).

A jednak z roku na rok załóg jest mniej, czego najdobitniejszym wyrazem jest pusta w tym roku klasa Open. W świetle nieprofesjonalnej organizacji, słabej pracy sędziów, nieliczenia się z załogami – nie może to jednak dziwić.

Szkoda wielka, bo regaty te miały wspaniały potencjał.

Trochę nowego Dobra w layoucie

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Ponieważ Firefox 13 postanowił rozsypywać layout niniejszego braga, postanowiłem wreszcie usiąść do dawno potrzebnych prac nad nim. A że Firefox 14 layoutu nie rozsypuje, zamiast próbować naprawiać co Mozilla zepsuła, mogłem zajać się brakującymi funkcjonalnościami.

Mamy już menu w prawym górnym rogu, z którego jestem bardzo dumny, nie ukrywam – całość zrobiona bez grama JS, czysty CSS3, zwłaszcza transitions. W menu takie pozycje jak powrót na główną, spis treści, wybór języka oraz dodatkowy link do ogólnych informacji (to było – i nadal jest – dotychczas dostępne przez tytuł strony).

Prócz tego przy każdym wpisie dodany odnośnik do powrotu do początku wpisu. Mała rzecz, a cieszy.

Oczywiście jeszcze mnóstwo rzeczy do poprawki (m.in. nie do końca równo położone odnośniki do poprzedniej/następnej strony) czy zrobienia od zera (m.in. layout dla urządzeń mobilnych; tłumaczenie interfejsu).

Partia 2.0

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Partie polityczne kojarzą się z wielkimi molochami, konglomeratami ludzi i idei, żerującymi na bieżących wydarzeniach politycznych i nastrojach społecznych w celu uzyskania władzy. Władzy traktowanej jako cel sam w sobie, jako podstawowy powód i sens istnienia partii. Programy takich molochów idei to zwykle potężne, ogromne teksty zawierające kolosalną ilość informacji dotyczących szczegółowego stanowiska danej partii w bodaj każdej możliwej kwestii.

To rodzi wiele problemów. Po pierwsze podejście machiavelliczne, żądza władzy jak najpełniejszej – wszak tylko mając jej pełnię można realizować tak skomplikowany, rozbudowany program.

Po drugie, faktyczna niemożliwość dokonania racjonalnego wyboru przy urnie: w tak ogromnym labiryncie programów partii trudno jest nawigować, zaś nawet jeśli się to uda, rozbija się to zwykle o konstatację, że z partią A zgadzamy się np. w kwestiach ekonomicznych, a z partią B w społecznych. I głosuj, człowieku!

Kończy się więc albo wyborem dokonanym na podstawie przesłanek całkowicie niemerytorycznych, zwykle w postaci “kupienia” populistycznych haseł czy dowolnego tematu zastępczego (jak małżeństwa homoseksualne, które powinny być już dawno zalegalizowane, pod jaką bądź nazwą; czy aborcja, wokół której debata nie jest nawet w najmniejszym stopniu oparta na jakichkolwiek przesłankach merytorycznych); albo głosowaniem na konkretną osobę, którą nam na przykład Latarnik Wyborczy wskazał jako najbardziej odpowiadającą naszym poglądom (co w Polsce ma mały sens, ze względu na nieszczęsne listy wyborcze).

Czy nadszedł więc czas na Partie 2.0?

Uważam, że tak. Najwyższy czas na partie zadaniowe, tworzone w celu wprowadzenia bardzo konkretnych zmian w rzeczywistości (np. “reforma prawa autorskiego legalizująca niekomercyjne nieodpłatne wykorzystanie dzieł”). Partii traktowanych od początku do końca jako narzędzie, nie jako cel; partii, które szukają różnorodnych metod realizacji ich zadania – bo przecież wiele można zdziałać bez wchodzenia do Sejmu czy Senatu.

I co równie ważne – partii inaczej zarządzanych. Dość już partii wodzowskich, skupionych wokół charyzmatycznego lidera realizującego rękami członków swoją własną politykę. Czas na demokrację bezpośrednią, na przykład w formie Demokracji Płynnej. Potrzeba partii podejmujących możliwie wiele decyzji w sposób możliwie inkluzywny; partii, w których każdy członek ma faktyczny głos, a głosował po linii partii w sprawach mieszczących się w jej zadaniu będzie zwyczajnie dlatego, że jego celem nie jest utrzymanie władzy, lecz dokonanie tej właśnie konkretnej zmiany w rzeczywistości.

Takie małe, zadaniowe partie wydają się też ciekawą odpowiedzią na antagonizację społeczeństwa przez te duże, tradycyjne partie-molochy. Partie zadaniowe chętniej będą ze sobą współpracowały w kwestiach nie mieszczących się bezpośrednio w ich “zadaniu”; być może będą też chętniej głosowały za realizacją zadań innych partii, o ile nie są sprzeczne z ich własnym zadaniem.

By zaś uniknąć przekształcenia się takiej zadaniowej partii w partię-molocha, partie takie mogłyby umieścić w swoim statucie zapis jednoznacznie rozwiązujący partię po wykonaniu zadania.

Prawo autorskie po ACTA

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Niniejszy tekst ukazał się w numerze 28/29 (3497/8, 9/16 lipca) tygodnika “Przekrój”

Jako Internauta, jako odbiorca kultury, a przede wszystkim jako obywatel, wraz z tysiącami mi podobnych, 4. lipca świętowałem odrzucenie przez Parlament Europejski traktatu ACTA. Coś, co wydawało się jeszcze rok temu niemożliwe, stało się faktem – porozumienie, narzucone nam przez Stany Zjednoczone i interesy korporacyjne (bowiem nie oszukujmy się, że choć przez moment chodziło tu o ochronę samych artystów), po jednoznacznym i wyraźnym wyrażeniu o nim zdania na ulicach europejskich miast, zostało przez europosłanki oraz europosłów równie jednoznacznie i wyraźnie odesłane do lamusa.

Decyzja ta jest niezwykle istotna, nie tylko ze względu na triumf demokracji i wysłuchanie przez polityków głosu wyborców. Znaleźliśmy się bowiem w niezmiernie istotnym punkcie historii prawa autorskiego: mamy mianowicie szansę zacząć je reformować i dostosowywać do realiów, do możliwości technicznych, do praktyki codziennej korzystania z (i tworzenia!) kultury.

Dmuchanie prawa

Dotychczas prawo autorskie było zaostrzane, okresy jego obowiązywania wydłużane, środki egzekwowania wzmacniane. Dyskusja o nim była zawsze niezmiernie jednostronna – jedynie interesy twórców (pod którymi, rzecz jasna, kryły się przede wszystkim interesy dużych firm wydawniczych, fonograficznych, filmowych) były brane pod uwagę. Interesy odbiorców kultury były konsekwentnie pomijane, bo to przecież autorzy mają “moralne prawo” do utworu…

Od okresu ochrony trwającego niespełna 30 lat od daty publikacji utworu w początkach historii prawa autorskiego doszliśmy do okresu 70 lat po śmierci autora, co może oznaczać ponad wiek od stworzenia dzieła! Ponad wiek – w czasach, w których 10 lat to cała epoka (10 lat temu nie istniały jeszcze portale społecznościowe, Google było wyłącznie wyszukiwarką).

Zanim prawo autorskie zostało rozdmuchane do obecnych rozmiarów odbiorca kultury wychowany na danym dziele po wejściu w dorosłość mógł już z niego dowolnie korzystać, mógł przede wszystkim tworzyć bez ograniczeń swoje własne dzieła na nim oparte – ponieważ samo dzieło zdążyło już wejść do domeny publicznej, zasilić naszą wspólną pulę kultury.

Dziś, mimo, że Myszkę Miki narysował pierwszy raz w 1928 roku nieżyjący dziś od bez mała pół wieku lat Walt Disney, nadal nie mogę jej użyć w mojej twórczości bez zgody firmy Disney, właściciela praw autorskich. Moje interesy są nieistotne w zderzeniu z interesami koncernu.

Test Zosi

Decyzja Europarlamentu w sprawie ACTA jest pierwszą tak jednoznaczną, tak głośną decyzją przeciwną dotychczasowemu trendowi wzmacniania prawa autorskiego. To rodzi nadzieje na długo wyczekiwaną reformę prawa autorskiego – stworzonego przecież w czasach, w których tworzenie nowych kopii dzieł oraz ich dystrybucja były kosztownym i trudnym procesem, a autorzy oraz odbiorcy kultury stanowili dwie wyraźnie rozgraniczone grupy.

Dziś kopiowanie i dystrybucja dzieł w postaci cyfrowej jest banalnie prosta, błyskawiczna, globalna i w zasadzie bezkosztowa. Mogę wysłać zdjęcie, dokument tekstowy czy film na drugi koniec świata klikając kilka razy myszą. Wikipedia, YouTube czy Jamendo pokazują, że dziś rozdział na twórców i odbiorców jest sztuczny i przeszkadza w zrozumieniu kultury.

W czasach, w których do stworzenia grafiki czy wideo wystarczy sprzęt mieszczący się bez problemu w możliwościach finansowych klasy średniej oraz wolne oprogramowanie, którego można używać legalnie i za darmo (jak GIMP czy OpenShot), ludzie tworzą na potęgę – i nie powinno to nikogo dziwić. Zamiast więc tworzyć sztuczne bariery dla tej twórczości, czas zadbać faktycznie o interesy twórców i dostosować prawo autorskie do tych nowych realiów.

Twórcą jest bowiem przecież nawet 14-letnia Zosia, prowadząca swojego “blogaska”. Gdy znajdzie w Internecie zdjęcie słodkiego kotka (a słabość do kotków nie jest wśród Internautów niczym zaskakującym), będzie chciała się nim podzielić ze swoimi znajomymi. Kiedyś wycięłaby takie zdjęcie z gazety, wkleiła do zeszytu i pokazywała koleżankom na przerwach; dziś tę samą podstawową, naturalną potrzebę komunikacyjną Zosia realizuje, kopiując zdjęcie kotka i wklejając je na swój blog.

Problem w tym, że Zosia dokonuje tym samym naruszenia prawa autorskiego autora zdjęcia, ponieważ rozpowszechnia je bez jego zgody. Nieważne, że nie pobiera za to żadnej opłaty. Zosia narusza zapisy, których nie zna i których ma pełne prawo nie rozumieć – są na tyle skomplikowane, że nawet prawnicy nie chcą się na ich temat wypowiadać kategorycznie.

Dopóki prawo autorskie nie będzie przechodzić tego (zaproponowanego przez Jarosława Lipszyca) “Testu Zosi”, traktując realizowanie podstawowej potrzeby komunikacyjnej na równi z kradzieżą, dopóty nie będzie dostosowane do realiów XXI wieku. I zwyczajnie – nie będzie przestrzegane.

Po odrzuceniu ACTA w Europie mamy jednak wreszcie szansę rozpocząć poważną dyskusję o jego reformie. Oby starczyło nam sił, a naszym demokratycznie obranym przedstawicielom – odwagi wysłuchania ich wyborców.

Partia jako hack na systemie

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Dziś krótko o hackowaniu systemu, tyle że nie komputerowego. Owóż uważam, że obecny system polityczny (do którego włączam media) jest podatny na zhakowanie celem wprowadzenia konkretnych zmian w rzeczywistości za pomocą partii, które nawet nie dostaną się do Sejmu czy Senatu, tak długo, jak długo chodzi o bardzo jasno sprecyzowane kwestie.

Jak? Bardzo prosto.

Na przykładzie reformy prawa autorskiego, która bez wątpienia jest bardzo potrzebna, a jednak nie znajduje się (o ile mi wiadomo) w programie żadnej z partii politycznych – jest to bardzo widoczna ostatnimi czasy sprawa (m.in. dzięki ACTA), co do której społeczeństwo dość wyraźnie się już wypowiedziało, a której żadna z głównych partii politycznych nie wie jak “ugryźć”.

Wystarczy teraz założyć partię, której cele będą składały się tylko i wyłącznie z tego postulatu. Taka partia szanse na wejście do parlamentu ma żadne. Jednakże jest to partia, więc zainteresują się nią media, a jej nazwa będzie pojawiała się przy każdej okazji dyskutowania tej konkretnej kwestii.

Jeżeli partia taka będzie miała bardzo jasno sformułowany cel oraz proponowane drogi dojścia do niego, oraz będzie miała dobrze przygotowane argumenty, te (za przeproszeniem) “poważniejsze” partie polityczne zaczną się poważnie obawiać, że ta malutka, mało znana partia “zje” im część elektoratu. I choć szanse na to, że partia ta wejdzie do parlamentu będą nadal żadne, to “duże” partie – walczące o każdy procent przewagi nad pozostałymi “dużymi” partiami – uznają, że na taką stratę nie mogą sobie pozwolić.

Najprostszym rozwiązaniem jest oczywiście skopiowanie – czyli włączenie do ich “poważnych” programów tego, co postuluje nasza przykładowa mała partia celowa, oraz dobre przygotowanie się z argumentacji za lub przeciw tym postulatom.

To rzecz jasna jeszcze zmniejszy szanse na jej wejście do parlamentu, jest to jednak na tym etapie kompletnie nieistotne: postulat tej partii właśnie znalazł się w programach dużych graczy; co więcej, biorąc udział w dyskusjach na ten temat siłą rzeczy podgrzewają wokół niego atmosferę.

Nagle temat kompletnie nieobecny w debacie publicznej ląduje w niej z hukiem, przy okazji trafiając do programów dużych partii politycznych. A jako że jest to jeden z niewielu bardzo konkretnie określonych postulatów – można potem spróbować partie te z jego realizacji rozliczyć. Potrząsając w razie potrzeby straszakiem w postaci naszej przykładowej małej, celowej partii.

Automagiczna re-publikacja z Twittera na StatusNet

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Od jakiegoś czasu dostrzegam poważny problem w tym, że wielu zwolenników wolnego oprogramowania, aktywistów, rzeczników prywatności i ochrony praw podstawowych oraz ogólnie rzecz biorąc ważnych graczy w środowisku związanym z tematyką przecięcia technologii i praw człowieka w Internecie publikują swoje 140-znakowe przebłysku geniuszu wyłącznie na Twitterze.

Jest to problematyczne, jako że Twitter jest zamkniętą, własnościową i – co chyba najistotniejsze – zcentralizowaną siecią społecznościową, która nawet zgodziła się pod pewnymi warunkami cenzurować wpisy. I choć gratuluję Twitterowi polityki stawania raczej w obronie użytkowników, nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest on dobrym rozwiązaniem dla hacktywistów (ponieważ im więcej będzie miał użytkowników, tym częściej będą się zdarzać takie sytuacje).

Rzecz jasna jestem boleśnie świadom faktu, że spowodowanie, by wszyscy ciekawi ludzie przenieśli się z twittera na bardziej wolne i zdecentralizowane, oparte o StatusNet, serwisy mikroblogowania (jak Identi.ca czy instancja administrowana przez Telecomix na przykład) jest raczej nierealne, przynajmniej na razie – i choć bardzo bym chciał, by się to udało, nie zamierzam wcielać się w tej kwestii w taliba. Zamiast tego, chciałbym się skupić na spowodowaniu, by istniejące serwisy oparte o StatusNet były zwyczajnie bardziej użyteczne dla Jasia Kowalskiego.

Efekt Sieciowy

Jednym z podstawowych problemów, z jakimi boryka się Jaś, gdy próbuje skorzystać z tych wolnych serwisów mikroblogowania jest, mówiąc krótko, niewielka ilość ich użytkowników. Nie do końca się zgadzam z taką oceną (na Twitterze nie uświadczysz np. @rms), ale rozumiem istotę kwestii.

Ma to nawet nazwę: efekt sieciowy. Chodzi w telegraficznym (żarcik) skrócie o to, że w przypadku sieci i narzędzi telekomunikacyjnych, im więcej osób korzysta z danego rodzaju narzędzia, tym bardziej następni potencjalni użytkownicy są skłonni z niego korzystać. Jak się zastanowić, jest to dośc oczywiste – narzędzi telekomunikacyjnych chcesz używać po to, by się (niespodzianka) komunikować, z jak największą liczbą innych osób. Zwykle więc z wielu dostępnych wybierzesz takie narzędzie, które oferuje możliwość utrzymania kontaktu z jak najliczniejszą grupą Twoich znajomych lub osób z którymi masz ochotę się komunikować.

Problem polega na tym, że o ile użytkownicy różnych stron korzystających z StatusNeta mogą komunikować się miedzy sobą, jako ta zdecentralizowana usługa (podobnie jak w przypadku e-maila) pozwala komunikować się ze sobą różnym serwerom, o tyle Twitter nie jest z nimi kompatybilny, pozostając jednocześnie wciąż najpopularniejszym mikroblogiem. To oznacza, że nawet gdy ktoś chce pójść w wolne technologie i założyć konto na jednym z wielu serwerów StatusNeta, szybko dochodzi do wniosku, że i tak potrzebuje Twittera, by móc śledzić wiele z osób, którymi jest zainteresowany.

Oczywiście nie podejrzewam, bym miał specjalnie dużą szansę na przekonanie Billa Gatesa, by założył sobie konto na serwerze StatusNeta (nie żeby mi go jakoś straszliwie brakowało po wolnej stronie sieci), ale chyba my – haktywiści, orędownicy praw człowieka – powinniśmy wiedzieć lepiej, nieprawdaż?..

Apel

Zatem oto mój apel: przynajmniej nie wzmacniaj efektu sieciowego publikując wyłącznie na Twitterze. To naprawdę nie wymaga dużo czasu i wysiłku, i nie, nie musisz tego robić ręcznie za każdym razem. StatusNet zrobi to za Ciebie!

Nic to nie kosztuje; w żaden sposób nie naraża Twojego konta (nie daje bowiem Twojemu kontu na StatusNecie żadnych uprawnień do konta na Twitterze); pomaga ludziom wymykać się zamkniętej, zcentralizowanej usłudze i przechodzić na usługę zdecentralizowaną; obchodzi własny twitterowy mechanizm cenzurowania geograficznego (gdy coś już pójdzie na StatusNet, jest poza kontrolą Twittera); wreszcie, daje dostęp do Twoich wpisów osobom, które dokonały świadomej decyzji trzymania się z dala od kontrolowanych przez korporacje platform komunikacyjnych. Czegóż tu nie kochać!

Metoda

Okazuje się, że Twitter wciąż udostępnia kanały RSS z wpisami każdego z użytkowników, pod adresem:
https://twitter.com/statuses/user_timeline/NAZWA_UŻYTKOWNIKA.rss
gdzie NAZWA_UŻYTKOWNIKA to nazwa konta na Twitterze; na przykład oto RSS z wpisów @ioerrora: https://twitter.com/statuses/user_timeline/ioerror.rss.

StatusNet natomiast umożliwia korzystanie z kanałów RSS jako źródeł wpisów. To oznacza, że można skonfigurować swoje konto na serwerze StatusNeta (np. Identi.ce), by publikowało tam wszystko, co publikuje dane konto na Twitterze, automatycznie.

Jak to zrobić? Logując się i wchodząc do ustawień konta: Settings -> Mirroring, klikając na “RSS or Atom feed”, podając adres kanału RSS z wpisami i klikając “Add feed”. Warto zwrócić uwagę na to, by “MIrroring style” ustawiony był na “Repost the content under my account”.

I tyle. Zrobione. Nie jesteś już przeszkodą na drodze do decentralizacji. Gratulacje!

TPSA/Orange i GIMP, czyli rzecz o 5-ciu użytkownikach

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Niektórzy mogą jeszcze pamiętać, jak Telekomunikacja Polska (czyli dziś Orange) zablokowała stronę GIMPa – całkiem przypadkiem, blokując po prostu cały serwer, na którym była strona z malware.

Uczestniczyłem dziś w warsztacie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji na temat m.in. blokowania usług w sieci. Pojawił się temat informowania przez operatorów o blokowaniu danych treści “ze względów bezpieczeństwa”. Oczywiście operatorzy bronią się rękami i nogami (w pewnym zakresie słusznie, w pewnym zakresie bardzo nie).

Podniosłem argument, że informacja – choćby do adminów blokowanych serwerów – byłaby bardzo potrzebna, na przykład w sytuacjach takich, jak ze stroną GIMPa. W takiej sytuacji admin serwera mógłby przynajmniej:

  • poinformować swoich klientów, dlaczego ich strony są dla części użytkowników niedostępne;
  • zrobić coś z problematycznym klientem.

Odpowiedź p. Tomasza Piłata, reprezentującego na spotkaniu Orange/Telekomunikację Polską?

Wszystkich pięciu użytkowników GIMPa było oburzonych

Po czym inny przedstawiciel TPSA/Orange zażądał “szacunku” do tej firmy i nieużywanie słowa “Tepsa”…

Biorąc pod uwagę nie najlepszą historię Telekomunikacji Polskiej aka Orange w kontekście blokowania i ograniczania ruchu w ich sieci, jej przedstawiciele powinni chyba być nieco ostrożniej dobierać słowa.

Słowo o Warsztatach MAiC

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Niniejszy wpis powstał częściowo w odpowiedzi na List Heleny Rymar w sprawie warsztatu dot. reformy prawa własności intelektualnej oraz na Odpowiedź Min. Ostrowskiego na list Heleny Rymar.

Od samego początku, gdy tylko dostaliśmy (my, organizacje pozarządowe) informację o planowanych warsztatach Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, w których mieliśmy wziąć udział czy które wręcz mieliśmy współtworzyć, mieliśmy konkretne obawy i wątpliwości. Co więcej, od samego początku je zgłaszaliśmy. I od samego początku zapewniano nas, że są one bezpodstawne, że jest dobra wola, że jest to wielka szansa na zmianę.

Po pierwszej rundzie warsztatów, w których uczestniczyłem (Prawo Autorskie, Prywatność oraz Patenty) mam wrażenie, że nasze obawy były w pełni uzasadnione.

Organizacje pozarządowe mają ograniczone siły i środki. Angażowanie się pro publico bono w wymagające dużych nakładów czasu i pracy działania jest bardzo problematyczne – a to de facto robimy od dwóch lat. RSiUN, dyrektywa audiowizualna, proponowane filtrowanie sieci (ze względu na pornografię dziecięcą), grupa Dialog (czyli pół-formalne, niemal cotygodniowe spotkania z rządem w zeszłym roku), tzw. “porozumienie dostawców usług i właścicieli praw”, ACTA… nad tym wszystkim pracowaliśmy pro publico bono właśnie, przez dwa lata chodząc na spotkania, pisząc stanowiska, zgłaszając uwagi.

Kiedyś trzeba spać; za coś trzeba jeść.

Poproszono nas o podjęcie tego wysiłku jeszcze przez jakiś czas, w postaci uczestnictwa w Warsztatach (bądź ich prowadzenia), twierdząc, że to wielka szansa, że możliwe są realne zmiany w prawie; że będą to warsztaty autorskie, że osoby z NGOsów poproszone o współprzewodniczenie zachowają kontrolę nad listą zaproszonych i nad agendą każdego z warsztatów; że nie będziemy traktowani jako “reprezentanci strony społecznej”, lecz jako eksperci w swoich dziedzinach.

Zgodziliśmy się, zaufaliśmy po raz kolejny, mając nadzieję, że ten wysiłek faktycznie przełoży się na coś pozytywnego. Była szansa, by Polska znalazła się w awangardzie nadchodzących zmian, byśmy przewodzili reformie prawa autorskiego w Europie. Warsztaty widzieliśmy jako możliwą drogę w tym kierunku.

Przykro mi powiedzieć, że po pierwszej rundzie warsztatów moje osobiste odczucie jest takie, że się poważnie zawiodłem.

Zamiast warsztatów autorskich, czy jak pisze Minister Ostrowski “taskforce’ów”, które faktycznie miały by szansę wypracować konkretne rozwiązania, mamy kolejne spotkania biznes contra NGOsy, na których strona rządowa zachowuje zimną neutralność (z wyjątkami w postaci delikatnych odchyleń w obie strony).

Zamiast kontroli nad listą uczestników mamy informację, że:

“Naszą intencją odnośnie zmian w składzie współprzewodniczących i podziału warsztatów było zapewnienie jak najszerszego udziału wszystkich zainteresowanych środowisk”
…oraz:
za pośrednictwem MAiC otrzymaliśmy około 10 zgłoszeń chęci uczestnictwa w warsztatach od organizacji branżowych, związków przedsiębiorców, koncernów międzynarodowych, wielokrotnie wraz z załączonymi postulatami w formie listów otwartych do Ministrów i Premiera

Zamiast merytorycznej dyskusji i próby wypracowania konkretnych propozycji zmian w prawie, po raz kolejny mamy korzystanie ze zgranych argumentów o tym, że “piractwo zabija przemysł filmowy”, czy że “rozszerzanie dozwolonego użytku oznacza śmierć prawa autorskiego i kultury”. Po raz kolejny musimy udowadniać – często tym samym ludziom – że świat się zmienił i że żadne prawo nie cofnie czasu, nie zlikwiduje technologii; że jedyną drogą naprzód jest dostosowanie się do czasów; wreszcie, że jest to możliwe.

Decyzja o zmianach jest decyzją polityczną; warsztaty nie pomogą w jej podjęciu, to było jasne od początku. Jedyny sens tych warsztatów upatrywałem w tym, że decyzja wydawała się faktycznie podjęta, i nadszedł czas przygotowania konkretnych propozycji zmian w prawie.

Fakt, że rząd nie reprezentuje na nich Społeczeństwa, które tak gremialnie, tak jednoznacznie i tak zdecydowanie wypowiedziało się przy trzydziestostopniowych mrozach na ulicach polskich miast, zamiast tego nadal grając rolę neutralnego obserwatora, oznacza, że nasze nadzieje były płonne.

Odczytuję to jasno – warsztaty są jedynie sposobem rozładowania społecznego napięcia (“przecież trwają warsztaty, to chyba dobrze”), a organizacje pozarządowe biorące w nich udział muszą zdać sobie sprawę z prostego faktu, że daliśmy się zaangażować w poświęcanie naszego czasu, naszej pracy, naszego wizerunku w wydarzeniu mającym wymiar niemal wyłącznie PRowy.

Chciałbym, by jedna rzecz stała się jasna. Organizacje pozarządowe nie są reprezentantami strony społecznej. Wybrani w wyborach przedstawiciele Obywateli – Sejm, Senat, Rząd Rzeczypospolitej Polskiej – są reprezentantami strony społecznej.

Czas, by te organa Państwa zaczęły spełniać swoją rolę. Jeżeli bowiem po wypowiedzeniu się przez dziesiątki tysięcy ludzi rząd nadal nie wie, jakie decyzje winny zostać podjęte i próbuje używać organizacji pozarządowych do dyskusji z organizacjami zbiorowego zarządzania czy biznesem, to znaczy, że ktoś nie odrobił pracy domowej z Wiedzy o Społeczeństwie.

Uważam, że na tym etapie i z obecną wiedzą o formie warsztatów, powinniśmy napisać nasze stanowiska i złożyć je na ręce prowadzących Warsztaty, by nasz głos miał szansę trafić do końcowych raportów; coraz mniejszy widzę jednak sens uczestniczenia w samych spotkaniach. Coraz bardziej jestem przekonany, że właściwym forum prowadzenia dyskusji takiej, jak na ostatnim warsztacie na temat Prawa Autorskiego, jest sfera publiczna.

Najwyraźniej tylko tak jesteśmy w stanie faktycznie wywierać jakikolwiek istotny wpływ na politykę dotyczącą prawa autorskiego.


To nie oznacza, że przekreślam w ogóle sens współpracy z rządem czy osiągnięcia grupy Dialog. Natomiast jasne jest, że formuła warsztatów się nie sprawdziła. Trzeba poszukać innej.

Być może czas, byśmy znów się spotkali na dużym wydarzeniu organizowanym przez organizacje pozarządowe i spróbowali zastanowić się wspólnie – organizacje poza rządowe oraz rząd – co dalej. My przyjęliśmy zaproszenie rządu do warsztatów; liczymy, że rząd naszego zaproszenia również nie odrzuci.


Aktualizacja 06.06.2012:
Gorąco polecam lekturę podsumowania Warsztatów napisanego przez Fundację Panoptykon.

Schowaj gadżeta

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

No to wreszcie odpowiem Piotrowi Szotkowskiemu w naszej małej dyskusji o hipsterii; 140 znaków to nieco za mało, więc przenoszę dyskusję tu - i na Diasporę.

Zrekapitulujmy! Zaczęło się od mojego denta:

Brawo, Hipsteria. Lansowaniem się z jabłuszkiem spieprzyliście być może szanse Prasowego. bit.ly/HMuTy1 /cc @harcesz @ElbaZostaje

Skończyło na Shotowym:

postawmy bramkarzy, przecież hipster to taki gorszy człowiek. (szczęście, że radny nie mówił o facetach z długimi włosami.) #nurfürNerden


UPDATE: niektórzy (że tadzika, sirmacika i shota z ksyw nie wymienię) zwrócili mi słusznie uwagę, że generalnie wyszedł mi tu antyaplowy i antyhipsterski rant. Wpis zmieniony, coby był mniej rantowy.

UPDATE2: shot podrzucił fantastyczny flejm na jednym z innych niż Diaspora portali społecznościowych, z udziałem tomasha (i to ku zaskoczeniu wszystkich w obronie!), wraz z kolejną słuszną uwagą o trzymaniu w takich sytuacjach poprzednich wersji – następnym razem będę pamiętał sam. Kopia oryginalnego rant^Wwpisu jest dostępna, dzięki shotowi za refleks i zmirrorowanie u siebie.


Zatem odpowiadając szanownemu Shotowi - po pierwsze, nigdzie nie sugerowałem stawiania bramkarzy i niewpuszczania hipsterii. Napisałem upilnować, nie wykluczyć. Podobnie, jak w towarzystwie płci pięknej należy upilnować swojego nieco seksistowskiego kolegę przed rzucaniem przezeń nieco seksistowskich dowcipów. On może nawet nie widzieć, w czym problem – ale naszym zadaniem jest mu to (delikatnie, acz stanowczo i skutecznie) uświadomić. Lub przynajmniej powstrzymać.

Nie uważam, by hipsterzy byli gorszymi ludźmi, są tylko czasem bardzo irytujący – ale że sam czasem jestem irytujący (i lubię rowery), więc whatevs.

Znam i lubię paru hipsterów, nie jest to dla mnie kryterium wykluczające – podobnie jak mam kilku nieco seksistowskich czy nieco rasistowskich znajomych.

Jako mięsożerca często otaczany przez wegetarian, sam się czasem znajduję w sytuacji, w której coś, co normalnie nie jest żadną kwestią, może być źle odebrane. Na grilla na Przychodni nie przyjdę z kiełbaskami, choć miałbym na nie ogromną ochotę, bo po prostu, zwyczajnie, nie wypada.

Co zaś się tyczy hipsterów w Prasowym czy na konfie skłotu Przychodnia – to już jest kwestia jakiegoś elementarnego wyczucia. Nie chodzi o to, by hipsterów tam nie było. Chodzi o to, by mieli na tyle subtelności, żeby wiedzieli, że nie należy się w tych miejscach afiszować swoim wyjechanym w kosmos gadżetem (niezależnie, czy pochodzi ze stajni z jabłkiem, czy dowolnej innej)!

Przepraszam, ale to już jest po prostu buractwo. Nie dość, że kłują w oczy osoby gorzej sytuowane, których chyba można się w takich miejscach spodziewać (i nie mówię tu o użytkownikach dowolnie definiowanych tzw. “inferior brands”, tylko ludziach, dla których Prasowy faktycznie był tego dnia jedyną szansą na ciepły posiłek); nie dość, że wprowadzają korporacyjną symbolikę konsumpcjonizmu w środowisko, w którym jest on po prostu nie na miejscu (protip: jeżeli nie-hipster zadaje się z anarchistami, jest spora szansa, że za korporacjami nie przepada i całkiem celowo ich być może unika); to jeszcze dają perfekcyjny, idealny, na miarę skrojony pretekst dla takich ciuli intelektualnych jak pewien radny.

Każdy z tych powodów sam w sobie powinien wystarczyć człowiekowi w miarę ogarniętemu do stwierdzenia, że może niekoniecznie promowanie się swoim błyszczącym gadżetem i jednocześnie lansowanie się chodzeniem do Prasowego czy na Przychodnię jest pomysłem dobrym. Póki te dwa rodzaje lansu uprawiane są oddzielnie, nie ma większego problemu; jak się łączą w czasie i przestrzeni, robi się nieteges.

Przy czym, by nie było nieporozumień: nie twierdzę, że nie możesz użyć swojego smartfona w Prasowym, bo “nie uchodzi”, czy że nie możesz odpalić swojego lapka na Syrenie, “bo to nie ładnie”. Ale jest różnica (choć bez wątpienia płynna) między używaniem swojego narzędzia a lansowaniem się swoim gadżetem.

Ponieważ jednak hipsterzy, podobnie jak na ten przykład “męskie szowinistyczne świnie”, po prostu nie widzą w swych działaniach nic złego, postuluję niniejszym akcję “schowaj gadżeta”. Co więcej, każdemu niemal zdarza się czasem lansować w złym miejscu i czasie. Krótkie “schowaj gadżeta” delikatnie uświadamia, kiedy się tę granicę przekroczy.

Może czas zacząć traktować taki brak wyczucia przynajmniej podobnie, jak zostałbym potraktowany smażąc kiełbaski na wspólnym, przychodnianym grillu: delikatnie acz stanowczo i skutecznie wywierając presję na delikwenta, by zaprzestał.