Przejdź do treści

Pieśni o Bezpieczeństwie Sieci
blog Michała "ryśka" Woźniaka

Subiektywnie o Anty-ACTA

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Stwierdzić, że w Polsce w temacie ACTA ostatnio działo się dużo, to potężne niedopowiedzenie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy płynnie przeszliśmy od informacji, że ACTA zostanie podpisana, przez protesty (rozlewające się na całą Europę), tak zwane “ataki” na strony rządowe, podpisanie umowy, wreszcie próby ponownego nawiązania dialogu – aż po obrót stanowiska rządu o 180 stopni i stwierdzenie, że porozumienie to jest passé.

Był to niezmiernie ciekawy, potężny zryw tak zwanych Internetów przeciw czemuś, co postrzegano jako zagrożenie dla wolności korzystania z tego narzędzia.

Spotkanie

Przede wszystkim – nikt z uczestników pamiętnego styczniowego spotkania z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji nie spodziewał się tego co miało nastąpić.

Z jednej strony jest to świadectwo zaufania, jakim organizacje pozarządowe darzyły rząd (pamiętając obietnicę z 18. maja 2011, że prace nad ACTA zostaną wstrzymane do momentu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości); z drugiej – dowód kompletnej nieświadomości jeżeli idzie o wagę sprawy tego porozumienia ze strony odpowiedzialnych ministerstw: Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Gospodarki.

Po niezobowiązującym stwierdzeniu faktu, że porozumienie ma zostać podpisane w przeciągu tygodnia (czyli 26.01), przedstawiciele tych ministerstw najwyraźniej zamierzali po prostu przejść do następnych spraw.

W oczywisty sposób, nie było następnych spraw. Nastąpiło parę sekund ciszy, w czasie której przedstawiciele organizacji pozarządowych próbowali zrozumieć, co właśnie padło, prowadzący spotkanie minister Igor Ostrowski napisał jedną wiadomość na twitterze i zamarł w zaskoczeniu, przedstawiciele MG i MKiDN zaś wyglądali jak króliki na autostradzie, złapane w światła nadjeżdżającej ciężarówki: zaczynali rozumieć, że zbliża się coś niedobrego, ale jeszcze nie wiedzieli co i dlaczego…

Internety się budzą

Od tego momentu szybkość rozwoju sytuacji zaskoczyła wszystkich. Gdy pojawiły się pierwsze informacje o planach podpisania porozumienia, w Internecie zawrzało podobnie, jak zawrzało przy okazji Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Różnice były jednak zasadnicza:

  • temat ACTA obecny był w świadomości sporej liczby użytkowników Internetu od lat, napięcie się więc nabudowywało;
  • zostały przez stronę rządową złożone pewne obietnice, które zostały w drastyczny sposób złamane, osoby śledzące temat czuły się więc oszukane;
  • wyznaczona była konkretna, nieodległa data podpisania, czuć zatem było presję czasu.

Dodatkową niezmiernie ważną okolicznością był fakt, że protest angielskojęzycznego Internetu przeciwko SOPA i PIPA zakończył się dosłownie kilka godzin przed pojawieniem się informacji o planach podpisania ACTA, opinia publiczna była doskonale poinformowana o niebezpieczeństwach wynikających z tego typu regulacji i na bieżąco śledziła doniesienia z tymi tematami związane. Temat ACTA w naturalny sposób stał się kontynuacją doniesień o SOPA/PIPA, tyle że dotyczył już naszego podwórka.

Wszystko to spowodowało, że wyzwolona energia i aktywność Internetu były nieproporcjonalnie wyższa, niż w przypadku RSiUN. W przeciągu godzin zaczęły pojawiać się (zamiast, jak wówczas, listów otwartych i petycji) konkretne osoby organizujące manifestacje uliczne. Co niezmiernie ważne (i równie ciekawe), były to ruchy kompletnie oddolne, spontaniczne i nie związane z organizacjami pozarządowymi, które sygnalizowały problem ACTA od lat (jak Panoptykon, ISOC, FNP czy FWiOO).

Zasady działania

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że musimy (jako organizacje pozarządowe zaangażowane w temat ACTA) przyjąć rolę ekspertów i koordynatorów – po prostu na nic więcej nie znajdziemy czasu (tu się nie myliliśmy, zabierało nam to 100% czasu przez bity miesiąc). Naszym zadaniem od tego momentu stało się:

  • udostępnianie wiedzy, danych, pism, stanowisk dotyczących ACTA i dokumentów z nim związanych;
  • reagowanie na bieżące wydarzenia związane z tym tematem, w tym tworzenie jednoznacznego komunikatu dla mediów i przez nie (czasem sytuacja zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę);
  • próba wpłynięcia na organizatorów protestów z całego kraju tak, by odbywały się one zgodnie z prawem, były skoncentrowane na temacie ACTA, pokojowe i w miarę możliwości skoordynowane w czasie.

Całkiem organicznie pojawił się wniosek, uznany za oczywisty, że konieczna jest zasada “no logo” – czyli protestowanie prywatnie, bez nazw partii, bannerów organizacji, przeciw konkretnej sprawie. Wywołało to pewne niezadowolenie różnych środowisk – każdy chętnie podczepił by się pod taki ruch i popromował jego kosztem. Doskonale jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli którejkolwiek opcji politycznej uda się podczepić, będzie to oznaczało przegraną: zostaniemy zaszufladkowani i wtłoczeni w stare kategorie, a tym samym strywializowani.

Kto nie skacze

Aż nadszedł dzień pierwszych protestów na ulicach – dziesiątki tysięcy ludzi w całej Polsce wyszły na 30-stopniowy mróz by dać znać o swoim sprzeciwie wobec porozumienia.

Takich protestów w Polsce nie było od lat 80-tych. Obejmowały cały kraj, i to nie tylko duże miasta; były skoordynowane w czasie; były pokojowe; wszystkie dotyczyły jednej konkretnej sprawy, wszystkie miały takie same hasła na ustach i transparentach; brali w nich udział ludzie związani z ruchami z całego przekroju odcieni politycznych, ale wszyscy zgodzili się brać udział bez barw partyjnych i organizacyjnych; co ciekawe, politycy głównych partii, próbujący podczepić się pod ten zryw, ponosili sromotną klęskę.

Dzięki wspaniałej, konsekwentnej postawie organizatorów protestów udało się obronić przed upolitycznieniem całej sprawy, dzięki czemu stali obok siebie przedstawiciele prawicowych bojówek i organizacji anarchistycznych, a wraz z nimi osoby prezentujące pełne spektrum poglądów politycznych. Nikt nie czuł się wyobcowany ze względu na opcję polityczną, za którą się opowiada. To zaś przekładało się na ilość osób na ulicach.

Oznaczało to również, że ani politycy, ani media tak naprawdę nie wiedzieli, jak te masy ludzi opisać, jak je skategoryzować. Nie mieściło się to w tradycyjnych sposobach opisywania protestów w Polsce. To działało na naszą korzyść. Jak się okazało, ani politycy, ani media w Polsce nie są gotowe, nie potrafią opisywać oddolnych inicjatyw dotyczących konkretnych spraw, działających ponad (lub poza!) utartymi podziałami politycznymi czy społecznymi.

Popularność stron rządowych

Ta niemożność zaszufladkowania skończyła się wraz ze “wzrostem popularności” stron rządowych – jak rzecznik prasowy rządu określił początkowo akcję DDoS koordynowaną przez Anonymous. Gdy tylko zrozumieli swój błąd, przedstawiciele rządu natychmiast skorzystali z okazji i zaczęli sprowadzać cały społeczny ruch przeciwników ACTA do “hakerów, terrorystów”, “atakujących” strony rządowe.

Oczywiście było to wyjątkowo wygodne dla strony rządowej (pozwalało przedstawić ruch anty-ACTA w bardzo negatywnym świetle) i dawało doskonały argument do odrzucenia postulatów tysięcy ludzi na ulicach i setek tysięcy w całej Polsce:

Nie ugniemy się przed szantażem.

Zdając sobie z tego sprawę, podjęliśmy próbę nawiązania kontaktu z Anonymous i doprowadzenia do zaprzestania ataków – i ku naszemu zdumieniu, udało się to osiągnąć.

Argument “z szantażu” został jednak użyty, i 26.01 ACTA została podpisana, również przez ambasadora Polski.

Protesty trwały jednak nadal – a media zaczęły publikować sondaże poparcia partii politycznych w związku z całym zamieszaniem.

Porozmawiajmy

To był właśnie argument nie do przebicia. Nagle okazało się, że to nie “anonimowi Internauci”, a konkretni obywatele z prawem głosu nie pochwalają tej decyzji. Dla rządu wreszcie przestał to być jakiś zryw dzieciaków, “piratów” i “hakerów”, a zaczął być poważny głos Wyborców, którego należy posłuchać.

Rząd uruchomił więc tryb ratowania sytuacji i na gwałt zaczął szukać sposobów “nawiązania dialogu” – czyli zrobienia czegoś, do czego nawoływaliśmy od lat… Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Lipowicz, uznała w swoim stanowisku, że wskazane jest przeprowadzenie debat na największych polskich uczelniach.

My zaś postanowiliśmy spotkać się w naszym gronie i ustalić, co dalej, przy okazji dzieląc się naszą wiedzą z organizatorami protestów, dając im narzędzia i informacje niezbędne do skutecznego kontynuowania działań. Zorganizowaliśmy więc Improwizowany Kongres Wolnego Internetu.

Na tym etapie rząd sprawiał wrażenie zdesperowanego. Na dzień przed Kongresem (w piątek wieczorem!) dostaliśmy zaproszenie na debatę z premierem i ministrami, która miała odbyć się… w najbliższy poniedziałek. Mogło to być albo bardzo sprytne zagranie (nie dające nam czasu na odpowiedź, jako że zaczynał się łikend), albo desperacka próba jak najszybszego rozładowania sytuacji. Fakt, że obecność na Kongresie (z godzinnym tylko wyprzedzeniem) zapowiedział w ostatniej chwili Minister Boni, sugeruje jednak to drugie.

Automatycznie jednym z głównych, a zarazem najtrudniejszym celem Kongresu stało się wypracowanie odpowiedzi na zaproszenie na debatę. Doszliśmy do wniosku, że w świetle zapraszania z dnia na dzień oraz efektów ponad roku rozmów z rządem w tej sprawie, odpowiedź może być tylko jedna: odmowna.

Postanowiliśmy jednak włączyć się w debatę za pomocą kanałów elektronicznych – tym bardziej, że prócz dość niefortunnie wybranych Facebooka i Twittera (zamknięte, prywatne sieci) udało się namówić organizujące debatę Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji do uwzględnienia również starego dobrego IRC, w postaci moderowanego kanału na serwerach Telecomix.

Debata trwała nieprzerwanie przez 7 godzin (co oczywiście oznaczało, że nie brakło momentów humorystycznych). Najwyraźniej jednak rząd zaczął poważnie traktować ten temat.

Premier się mylił

Aż wreszcie 17.02.2012 premier przyznał, że się mylił. Nie mniej od nas zaskoczone tą decyzją musiało być Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które dosłownie na dzień wcześniej wystosowało kolejne pismo broniące ACTA – bo czymże innym niż zaskoczeniem można tłumaczyć nagłą nieobecność dyrektora Skoczka na ogłoszonej jeszcze przed decyzją premiera, a odbywającą się trzy dni tej pamiętnej dacie, debacie na Uniwersytecie Śląskim.

Nad czym tu debatować

Debata ta była o tyle ważna, że była pierwszą z postulowanych przez RPO debat uniwersyteckich na temat ACTA, która odbyła się już po zmianie decyzji premiera. Zamiast o ACTA, debatowaliśmy więc bardziej o prawie autorskim.

Ten trend był też widoczny w późniejszych debatach na uczelniach. W ten sposób, niejako przypadkiem, rozpoczęła się dyskusja o jakże potrzebnej reformie prawa autorskiego – w którą włączają się już również kręgi rządowe.

O prawie autorskim w Budapeszcie

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Dzięki Fundacji Asimowa oraz wspaniałym ludziom z budapesztańskiego hakerspejsa miałem okazję – wraz z małym polskim dream teamem jeżeli chodzi o temat reformy prawa autorskiego – uczestniczyć w warsztacie V4 Paradigm Shift in Copyright.

Słowem, dwa dni główkowania nad prawem autorskim w towarzystwie ludzi z całej Grupy Wyszehradzkiej.

Moim zdaniem głównym osiągnięciem spotkania było nawiązanie kontaktów, poznanie się wzajemne ludzi, którzy do tej pory znali się tylko z Internetów (lub zgoła nie znali się wcale) – oraz poznanie sytuacji związanej z prawem autorskim w ich ojczyznach. Nie nastawialiśmy się na wynalezienie genialnej formuły rozwiązującej problem praw autorskich w dobie cyfrowej. Zderzaliśmy swoje pomysły z sytuacją w innych krajach, oraz z pomysłami innych aktywistów.

Jeden niezmiernie ważny wynik udało się jednak osiągnąć: to dojście wspólnie do wniosku, że koniecznie musimy popracować nad językiem, którym mówimy. Cała dyskusja o prawie autorskim obecnie odbywa się w języku narzuconym przez jedną stronę, to zaś bardzo ogranicza możliwości wypracowania sensownych, kompromisowych rozwiązań.

Zaczęliśmy zatem tworzyć bardzo wstępne zręby nowego słownika.

Najważniejsze wydaje się ustalenie, że termin “własność intelektualna” jest absolutnie nie do przyjęcia. Po pierwsze, nic, co jest opisywane tym terminem, de facto nie jest własnością, a tylko czasowym monopolem. Po drugie, termin ten obejmuje sztucznie przede wszystkim:

  • prawa autorskie;
  • prawa do znaków towarowych;
  • prawa patentowe.

To są trzy zupełnie różne dziedziny, i powinny być traktowane kompletnie oddzielnie. Używanie tego terminu, czy tworzenie jakiegokolwiek synonimu, niepotrzebnie komplikuje sprawy (co bez wątpienia jest w smak zwolennikom używania tego terminu).


Osobiście dla mnie dodatkowym dużym plusem była możliwość spokojnego pogadania z Amelią Andersdotter. Drapiąca w mózg rozmowa o prywatyzacji infrastruktury, oraz związanych z nią problemami w podtrzymywaniu praw i wolności w Internecie. Ten temat jeszcze pewnie poruszę.

Kościoła poczucie odpowiedzialności

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Jak pewnie zauważyli ci-co-mnie-czytają (a ponoć tacy są), Kościół Katolicki jest dla mnie niewyczerpanym źródłem zdziwienia. Dziś na przykład zdziwienie bierze się z refleksji nad poczuciem odpowiedzialności, które przejawia się w jego działaniach i wypowiedziach.

Dość bowiem jasne jest, że Kościół poczuwa się (z jakichś sobie tylko znanych względów) do odpowiedzialności za życie seksualne ludzkości, skoro tak ostro walczy z homoseksualizmem, seksem przedmałżeńskim czy antykoncepcją.

Zadziwiające jednak, że jednocześnie nie czuje takiej samej odpowiedzialności za życie seksualne księży – co chyba nie wynika z niezrozumienia, jako że widoczne jest podejście dość pragmatyczne. Pragmatyzm ten zaś potrafił przejawiać się groteskowo i drastycznie.

Widać to również w sprawach bardziej przyziemnych. Kościół czuje się najwyraźniej w jakimś stopniu odpowiedzialny za finanse państwa, skoro próbuje wpływać na decyzje ich dotyczące. Ciekawe jednak, że nie czuje takiej samej odpowiedzialności w sytuacji znacznie mniejszego formatu, w której nieutrzymywany poprawnie mur zabytkowego cmentarza (będący własnością i odpowiedzialnością Kurii Metropolitarnej Warszawskiej) zawala się, uszkadzając prywatne groby. Albowiem za groby odpowiada rodzina.

Pytanie, czy format odpowiedzialności za mały, czy też może potencjalny przepływ środków finansowych jest w złym kierunku?

Ucząc się Internetów

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Internet jest nowym wynalazkiem – prekursor Internetu, ARPANET, to początek lat 70-tych. Większość internetowych zjawisk, w których uczestniczymy, oraz narzędzi, których używamy, jest jeszcze młodsza. Na przykład sieci społecznościowe zaczęły powstawać w połowie lat 90-tych, zaś prawdziwy boom i popularność to dopiero pierwsza dekada XXI wieku.

To zaś oznacza, że – ogólnie rzecz biorąc – nie potrafimy z nich korzystać. Bo i kiedy mielibyśmy się tego nauczyć?

Ludzie naturalnie starają się działać w nowej rzeczywistości, w nowych sytuacjach, za pomocą nowej technologii, poprzez analogie do technologii i sytuacji już znanych. Dopiero później, po “zwiadzie bojem”, czyli sprawdzeniu (przez długie lata) w praktyce, jak nowe narzędzia różnią się od tych znanych, powstają zwyczaje czy nowe regulacje obejmujące i porządkujące korzystanie z nowych technologii.

Analogia Samochodowa

Gdy pojawiły się pierwsze samochody, ogólnie rzecz biorąc traktowane były analogicznie do powozów, technologii znanej od wieków. Szybko jednak okazało się, że samochody są znacznie szybsze i bardziej niebezpieczne, niż powozy; zaczęły zatem pojawiać się zwyczaje, kultura i regulacje, biorące pod uwagę “inność” nowego narzędzia i nowej rzeczywistości.

Początkowo część regulacji była absurdalna, jak na przykład nakazy w krajach anglosaskich, by przed każdym “automobilem” biegła osoba z latarnią lub flagą, ostrzegająca o fakcie zbliżania się “bezkonnego powozu”. Z upływem lat jednak społeczeństwo uczyło się, jak używać i jak regulować nowe narzędzie – i nowe narzędzie przestawało być nowe.

W ostateczności, używanie narzędzia zostało zinternalizowane, samochody stały się naturalnym elementem życia codziennego, wszyscy mniej-więcej znamy zasady. Wiemy, na przykład, że przechodząc przez ulicę musimy się rozejrzeć – i nie musimy mieć do tego specjalnego przeszkolenia. Wiemy też, że należy zapinać pasy. Część zasad korzystania z nowego niegdyś narzędzia weszło do kultury, do zwyczajów; część trafiła do regulacji prawnych. Generalnie wiemy już, na co uważać w świecie, w którym są samochody – czego nie można było powiedzieć o naszych pradziadkach.

Autostrada Informacyjna

Z Internetem, mediami społecznościowymi i całą resztą technologii informacyjnych (nazywanych jeszcze do niedawna – quelle surprise – “nowymi technologiami”) jesteśmy w podobnej sytuacji, jak nasi przodkowie w pierwszych latach motoryzacji. Technologia się zmieniła, zmieniła też naszą rzeczywistość. Nie znamy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji naszych działań w przestrzeni wirtualnej. Zasady, kultura używania Internetu, oraz regulacje z nim związane – dopiero się tworzą.

Pod wieloma względami jesteśmy nawet w sytuacji gorszej. Technologie zmieniają się znacznie szybciej, niźli w czasach naszych pradziadków – co oznacza, że dużo trudniej nam je dogonić w zwyczajach, kulturze, regulacji. Mało tego: ewentualne negatywne skutki nieprzemyślanego użycia technologii są częstokroć znacznie odsunięte w czasie i nie tak widowiskowe (choć zdarzają się i takie), jak skutki niezauważenia nadjeżdżającego samochodu.

To oznacza, że trudniej nam zauważyć te negatywne skutki, i zweryfikować nasze zwyczaje, naszą higienę internetową. Jeżeli skutki mojego błędu pojawią się za lat powiedzmy 5 przy jakiejś rozmowie kwalifikacyjnej, z której wyjdę z niczym przez jakieś zdjęcie z imprezy, opublikowane 2 lata temu – przez 7 lat będę nieświadomy, że ta publikacja była błędem, i szanse są spore, że będę popełniał przez ten czas podobne błędy.

Nie dość, zatem, że technologia rozwija się szybciej, niż kiedyś, to jeszcze my reagujemy na te zmiany (poprzez weryfikację naszych zwyczajów) znacznie wolniej. Ten rozjazd jest niezmiernie niebezpieczny, a zauważymy to za lat 5 czy 10, gdy obecne nastolatki zaczną szukać pracy, a ich potencjalni pracodawcy zaczną weryfikować kandydatów za pomocą Wujka Googla i Brata Facebooka.

Flagi ostrzegawcze

To jest jeden z powodów podnoszenia przez niektóre organizacje i osoby (w tym niżej podpisanego) rabanu i ostrzeganie przed (nie zawsze uświadamianą przez obywateli) rezygnacją z prywatności, przed oddawaniem swoich prywatnych danych i swojej prywatnej komunikacji w ręce korporacji i scentralizowanych sieci.

Oczywiście niewykluczone, że przesadzamy – podobnie jak “flagowe” prawo samochodowe. Z drugiej strony, czasem lepiej dmuchać na zimne – by nie ogarnęło nas do cna technologiczne samouwielbienie i bezkrytyczna fascynacja nową technologią.

Kościoła wiara w wiernych

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Dużo ostatnio słychać na temat propozycji Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, by zlikwidować Fundusz Kościelny, w zamian zaś dać podatnikom możliwość przekazania 0.3% podatku na kościoły i związki wyznaniowe.

Z punktu widzenia obywateli – świetny pomysł! Nic to nie kosztuje (po prostu 0.3% podatku idzie na wskazany kościół/związek), nie wymaga specjalnie dużo pracy (wypełnienie jednego pola w formularzu zeznania podatkowego), mechanizm jest znany i sprawdzony (od lat mamy 1% na organizacje pożytku publicznego), plus wydaje się dość sprawiedliwe: pieniądze idą na ten dokładnie kościół czy związek, na który dany Kowalski chce płacić. Same plusy, rajt?

Kościół Katolicki jednak broni się rękami i nogami. W sytuacji, w której oficjalnie 90% Polaków to Katolicy, takie podejście nieco dziwi. Kościół powinien się cieszyć, 0.3% podatku od 90% podatników w Polsce to ogromna ilość pieniędzy.

Ku zaskoczeniu wszystkich (choć najwyraźniej nie Kościoła), tylko 39% Polaków jest na tyle żarliwymi wierzącymi, by jedną trzecią procenta podatku (którego i tak nie mogą przecież wydać!) przekierować na wybrany związek. Przy czym nie wiadomo jaki procent z tej grupy przekazałoby to na Kościół Katolicki.

Ta perspektywa jest dla Kościoła przerażająca nie tylko ze względów finansowych. Przede wszystkim – i to zapewne spędza hierarchom sen z powiek – oznacza błyskawiczną, skuteczną i jednoznaczną weryfikację faktycznej ilości wiernych w Polsce.

Jeżeli bowiem Kościół twierdzi, że 90% Polaków to Katolicy, a tylko 39% podatników przeznacza publiczne pieniądze na związki wyznaniowe, coś jest nie tak z matematyką Kościoła. To zaś oznacza, że dyskusja publiczna w tematach takich jak aborcja, homoseksualizm czy religia w szkołach nabiera zupełnie nowych kolorów.


Na marginesie zauważę, że mi osobiście (jako ateiście), bardzo podoba się wyraźne wartościowanie – na organizacje pozarządowe 1%; na religię: 0.3%.

Pojawia się też pytanie: skoro najwyraźniej Kościół był w stanie oszacować, że ilość wiernych, którzy skorzystają z proponowanego mechanizmu jest znacznie mniejsza, niż oficjalne statystyki Kościoła – czy to oznacza, że Kościół świadomie naginał fakty dotyczące poparcia społecznego jego dotychczasowych stanowisk w debacie publicznej?..

Nie śmiem tego twierdzić – byłoby to działanie niemoralne i kompletnie do Kościoła niepodobne.

Safari w Brukseli #1 - konferencja prasowa PE, posiedzenie ITRE

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Nie rozwodząc się zanadto powiem, że zostałem zaproszony przez La Quadrature du Net do Brukseli, w celu wykonania “lobbytomii” w sprawie ACTA na europarlamentarzystach.

Napiszę o haktywistycznej frajdzie, którą to sprawia, później – na razie muszę napisać o sprawach poważnych.

Na ten tydzień zaplanowanych było sporo wydarzeń dotyczących ACTA, stąd pomysł pojawienia się tu i podjęcia próby wpłynięcia na europosłów.

Na tym etapie mamy za sobą już dwa wydarzenia:

  • konferencję prasowa Europarlamentu, dotyczącą ACTA, prowadzoną przez posła-sprawozdawcę oraz posła-sprawozdawcę cienia;
  • spotkanie komitetu ITRE, z ACTA w agendzie.

Zatem czas na krótkie podsumowanie obu.

Konferencja prasowa

…była dość ciekawa i całkiem pozytywna dla przeciwników ACTA. Posłowie-sprawozdawcy powiedzieli, że:

Ten “raport pośredni”, choć jest ciekawym i raczej pozytywnym pomysłem, nie jest tak ważny jakby się mogło zdawać; na tyle, na ile rozumiem jak się sprawy mają, nie będzie w żaden sposób wiążący dla EP. Taki dokument nie figuruje w żadnych procedurach i wydaje się być raczej prywatną inicjatywą posłów-sprawozdawców.

Przekazanie ACTA do ETS przez Europarlament oddzielnie od Komisji Europejskiej jest ciekawym ruchem; nie jest jednak jasne, czy w ogóle możliwe jest skierowanie do ETS tego samego aktu dwa razy – a nawet jeśli jest, możliwe, że tylko jedno pytanie jest dozwolone: “czy ACTA jest kompatybilna z acquis i traktatami”. Jeśli więc Komisja już takie pytanie zada (w sposób przedstawiający ACTA w pozytywnym świetle), możliwe, że Europarlament nie będzie miał już tej możliwości.

W każdym razie właściwym pytaniem jest:

Czy ACTA może zostać zinterpretowana i zaimplementowana w sposób będący nadużyciem i niekompatybilny z acquis i traktatami?

Odpowiedź na to pytanie, to silne i jednoznaczne “tak”.

Posiedzenie Komitetu ITRE

ACTA była tu tylko jednym z wielu punktów programu, jednak zdecydowanie i wyraźnie najważniejszym (wiele osób wyszło, gdy tylko czas nań przeznaczony został wyczerpany).

To spotkanie zostało bardzo dobrze podsumowane przez La Quadrature, zdecydowanie warto to podsumowanie przeczytać. Ja pozwolę sobie tylko dodać co nieco z mojej perspektywy.

Przede wszystkim, argumenty podnoszone przeciw traktatowi były znacznie silniejsze i bardziej merytoryczne, niż argumenty za. Prawa człowieka oraz zagrożenia cenzurą (dobrze przedstawione przez naszego polskiego europosła, p. Gróbarczyka, z którym miałem przyjemność się spotkać na 2 godziny przed tym posiedzeniem); zagrożenie dla prywatności i ochrony danych osobowych; utrudnienia dla biznesu i hamowanie innowacji; wreszcie – nietransparentny, niedemokratyczny sposób procedowania tego traktatu oraz pytanie, czy jest on w ogóle użyteczny.

Pojawiły się jednak dwa głosy broniące porozumienia: jeden, rzecz jasna, ze strony przedstawiciela Komisji Europejskiej, zaproszonego na posiedzenie; drugi od Daniela Caspary, niemieckiego europosła i członka samego komitetu ITRA.

Jak dla mnie, wyglądali na dość zdesperowanych. Główną ich strategią na tym etapie, jak może się zdawać, jest rozsiewanie dezinformacji i straszenie.

Trzeba uspokoić dyskusję

Pierwszym argumentem stał się apel o uspokojenie dyskusji, z mocną sugestią, że to gentlemeni-eksperci winni rozmawiać na ten temat, nie zaś ogólna publika.

To jest groteskowe: lata całe ACTA była tajna, tworzona w sposób absolutnie niedemokratyczny i nietransparentny, na zamkniętych posiedzeniach takich właśnie “gentlemenów-ekspertów”, którym zabrakło choćby zwykłej przyzwoitości by zaprosić przedstawicieli ludzi, którym próbowali narzucić regulacje prawne.

Teraz nagle, gdy ulice i narody zabrały głos i zdecydowanie sprzeciwiły się temu porozumieniu, wraz z tajnością otaczającą prace nad nim, zwolennicy ACTA nawołują do “uspokojenia dyskusji”. Tak jakby wszelkie opinie przeciw – w istocie opinie obywateli – były jedynie straszeniem i dezinformacją.

Nic nie zmienia

Jak już wielokrotnie poprzednio, pojawiło się twierdzenie, że ACTA niczego de facto w UE nie zmienia. Nie jest to prawdą – a nawet jeśli, po co w takim razie podpisywać?..

Chodzi o ułatwienie dostępu do wymiaru sprawiedliwości

Drugi bezczelny i groteskowy argument: w ACTA nie chodzi o prawo autorskie, chodzi o dostęp do wymiaru sprawiedliwości. Tak jakby ogromne koncerny medialne, które de facto byłyby beneficjentami ACTA, potrzebowały jakichkolwiek ułatwień w tym zakresie, czy by się sprawiedliwością w ogóle przejmowały.

Części zamienne do samochodów i bezpieczeństwo

Ponad 70% części zamiennych do samochodów sprzedawanych w Europie jest podrabiana, i jest to poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa użytkowników dróg – ACTA zaś rzekomo ma z tym walczyć.

Po pierwsze, nie podano definicji podrabianej części zamiennej, ale mniejsza o to. Po drugie, choć zacytowano jakieś badania dotyczące podanego procenta, nie podano autorów, tytułu, kraju, którego badanie dotyczyło, ani roku jego wykonania.

Nie mówiąc już o tym, że nie podano żadnego dowodu dotyczącego istnienia ani zakresu zagrożeń z tym związanych.

Równowaga

Ponownie też pojawił się argument “równowagi”:

Powinniśmy starać się osiągnąć równowagę pomiędzy prawami i wolnościami podstawowymi: wolnością słowa, wolnością od cenzury, i własnością intelektualną

W oczywisty sposób jest to czysta, złośliwa erystyka – ponieważ ani nie jest to własność intelektualna (a prawa na dobrach niematerialnych), ani nie jest ona wolnością podstawową. Zwłaszcza, gdy dotyczy zysków korporacji, nie zaś praw poszczególnych obywateli.

Pakiet klimatyczny

Wreszcie, podjęto próbę odbicia argumentu, że “skoro Chiny i Indie (najwięksi producenci podróbek) nie podpisały ACTA, więc ACTA i tak osiągnie swych celów” – w postaci postawienia pytania, czemu takich wątpliwości nie podnoszono przy protokole z Kyoto.

Problem w tym, że protokół z Kyoto może osiągnąć swoje cele (redukcja emisji gazów cieplarnianych) nawet gdy Chiny czy Indie go nie podpiszą. ACTA nie – jako że jeśli najwięksi producenci podróbek nie będą nim związani, podważa to cały konstrukcję.

Bo ACTA jest passé

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Miałem wczoraj przyjemność uczestniczyć w panelu na Otwartej debacie w sprawie ACTA, zorganizowanej przez Uniwersytet Śląski w Katowicach. Pośród wielu dostojnych uczestników (m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Lipowicz, prawników, przedstawicieli organizacji pozarządowych oraz ZAiKSu) znalazł się też Andrzej Gałażewski, Poseł na Sejm RP – który bezdyskusyjnie zgarnia dziś nagrodę za najciekawsze wypowiedzi.

Albowiem ku zaskoczeniu chyba wszystkich Pan Poseł zdawał się bronić pierwszej decyzji o podpisaniu ACTA, twierdząc, że nie pojawiały się sygnały negatywne na temat porozumienia. Po szybkim wyprowadzeniu z tego błędu przez Roberta Partykę z PLUGu, skomentował:

Argumenty z zewnątrz do nas docierające mają wpływ na nasze decyzje o ile są w odpowiedni sposób opakowane intelektualnie

Zatem merytoryczne uwagi, zgłaszane przez organizacje pozarządowe do ACTA, nie były “odpowiednio opakowane intelektualnie”. Jak wiemy, na decyzję wpłynęły dopiero uliczne protesty. Hasła z tych protestów znamy – wiemy już więc (i to od posła!) jak należy “intelektualnie opakować” argumenty tak, by do naszych parlamentarzystów trafiały.

Poseł Gałażewski nie poprzestał jednak na tym jednym bon-mocie; w sprawie przyszłości ACTA stwierdził, że "to porozumienie jest passé", zapytany zaś wprost jak będzie głosował w sprawie ratyfikacji (jeżeli do takiego głosowania dojdzie, rzecz jasna), odpowiedział:

Nie jesteśmy samobójcami politycznymi

Muszę przyznać, że cieszę się z otwartości, z jaką posłowie zaczynają mówić o tym co i jak wpływa na ich procesy decyzyjne. Tego, że argumenty merytoryczne niekoniecznie są “odpowiednio intelektualnie opakowane”, można było domniemywać od czasu jakiegoś. To, że wielu z nich jest politycznymi oportunistami, również nie jest specjalnie zaskakujące.

Natomiast cieszy fakt, że poza czysto koniunkturalnym podejściem do podejmowanych decyzji pojawiają się jakieś dodatkowe kryteria – choćby to i była moda.

Tajemnica korespondencji po europejsku

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Gdy w Polsce pojawiały się kolejne pomysły wprowadzenia filtrowania i cenzury Internetu, jednym z argumentów podnoszonych przeciw nim był fakt, że naruszało by to tajemnicę korespondencji, gwarantowaną Artykułem 12. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz Artykułem 49. Konstytucji RP.

Niełatwe czasem było przekonanie pomysłodawców takich środków, że faktycznie do tego by się ich pomysły sprowadzały – natomiast nikt nie wątpił, że naruszanie tajemnicy korespondencji w postaci znanej z tzw. “czasów dawno i słusznie minionych”, czyli poprzez otwieranie przesyłek pocztowych, jest niedopuszczalne i nie do pomyślenia w Wolnej Polsce.

To się jednak ma zmienić – Unia Europejska uznała, że ważniejsza od ochrony praw podstawowych jest ochrona tzw. “własności intelektualnej”. Zgodnie z tworzonym rozporządzeniem, celnicy UE mają uzyskać uprawnienia do otwierania przesyłek przychodzących spoza Unii (ale adresowanych do obywateli UE) i ich niszczenia w przypadku znalezienia zawartości naruszającej prawa na dobrach niematerialnych.

Nie do końca o to chodziło gdy argumentowałem, że w Internecie powinny obowiązywać te same prawa, co IRL

Premier Tusk w sprawie ACTA: myliłem się

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Po pierwsze, chcę powiedzieć, że byłem całkowicie zaskoczony dzisiejszą wypowiedzią Premiera Tuska na temat ACTA, w której przyznaje się do błędu i apeluje o odrzucenie porozumienia na poziomie europejskim. Nie ja jeden zresztą. W ciągu ostatnich tygodni nic nie zapowiadało takiej wolty.

Tym bardziej jednak jest to ogłoszenie miłe mym uszom.

Z tego co zrozumiałem z treści wypowiedzi Premiera, oraz z tego w jaki sposób zostało to powiedziane (co być może jest nawet ważniejsze), Polska jednoznacznie jest przeciwna ACTA, porozumienie nie zostanie ratyfikowane w kraju, na arenie europejskiej zaś rząd polski będzie się mu stanowczo sprzeciwiał. Jest to niezmiernie ważny i jasny sukces walki z ACTA.

Premier mógłby rzecz jasna skierować porozumienie szybko do ratyfikacji w polskim Parlamencie, celem jego szybkiego odrzucenia. Ponieważ jednak około tygodnia temu ogłosił “zawieszenie” ratyfikacji w kraju, jestem w stanie zrozumieć, że niekoniecznie jest to wyjście, na które Premier może się w tej chwili zdecydować. Potrzebne są jednak w najbliższych dniach inne jednoznaczne ruchy przeciw ACTA (np. skierowanie do ETS?).

Nie padły żadne słowa na temat ew. wycofania polskiego podpisu. To jest ciekawe, lecz nie mogę na ten temat się wypowiadać szerzej, nie jestem prawnikiem. Możliwe, że rząd postanowił skupić się na (ważniejszym) odrzuceniu w Europarlamencie? To by miało jakiś sens.

Tak czy inaczej, my (organizacje pozarządowe zaangażowane w walkę przeciw ACTA) jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni dzisiejszą decyzją i zdecydowanie ją popieramy. Jest to krok we właściwym kierunku, i początek dwóch długotrwałych procesów:

  • odrzucenia ACTA w Unii Europejskiej;
  • globalnej debaty nad (nieodzowną) reformą praw dotyczących tzw. “własności intelektualnej”.

Oba te tematy pojawiły się w dzisiejszym wystąpienia Premiera Tuska, co jest bardzo pozytywnym znakiem dobrej woli, i być może początkiem odbudowywania wzajemnego zaufania, utraconego tego pamiętnego 19. stycznia.

Anonimowi kontra Korponimowi

To jest bardzo stary wpis, opublikowany ponad 4 lata temu.

Możliwe, że nie odzwierciedla dziś poglądów Autora lub zewnetrznych faktów. Jest zachowany jako wpis historyczny.

Obserwując sytuację z ACTA w Polsce w ciągu ostatnich tygodni (i biorąc w niej czynny udział, poprzez moje afiliacje), zacząłem się zastanawiać nad Anonymous. Bez wątpienia grali ważną rolę w tym, co się działo, zarówno pozytywną, jak i negatywną.

Pozytywną – bo faktycznie spowodowali większe zainteresowanie mediów i “szarego człowieka” tym tematem (aczkolwiek twierdzenie, że nie było protestów zanim Anoni się włączyli jest nieprawdą). Negatywną – ponieważ poprzez swoje “ataki” (które ja bym raczej nazwał czymś pomiędzy haktywizmem i wandalizmem) na strony rządowe dali Premierowi idealny pretekst by podpisać porozumienie mimo protestów: “nie ugniemy się przed szantażem”. To, niestety, zostało nieźle odebrane przez część opinii publicznej, i pomogło zaszufladkować przeciwników ACTA jako “piratów, terrorystów”.

W tym momencie zacząłem już myśleć o Anonach jako czysto hedonistycznych, samolubnych gówniarzach, łapiących się na akcję anty-ACTA tylko po to, by znaleźć wymówkę i jakąś namiastkę uzasadnienia uprawianego przez nich wandalizmu na sieci.

Wówczas jednak nastąpiło coś niezmiernie dziwnego. Dzięki pomocy Anonów spoza Polski oraz tych z wewnątrz kraju poprosiliśmy o zaprzestanie “ataków”. I faktycznie, zostały wstrzymane.

Etyczna siła natury

Aż wreszcie pojąłem. Anonymous może i są hedonistyczni, impulsywni, nie zważają za bardzo na wyniki ich działań, lecz wciąż mimo wszystko, w dużej mierze, postępują zgodnie z jakimś specyficznym etosem.

Gdy chce się dać pojęcie jak wyglądają działania Anonów z zewnątrz to “siła natury”, i to z rodzaju tych niepowstrzymywalnych masowych pędów zwierząt stadnych, doskonale pokazanych na przykład w Królu Lwie.

Jednakże nawet mimo tego, że Anoni działają stadnie, mimo całej anonimowości którą daje (lub wydaje się dawać) Internet, mimo faktycznej lub tylko odczuwanej bezkarności (co mogłoby przekładać się na kompletną amoralność), nie zdarzyło mi się słyszeć o dużej akcji Anonymous, która byłaby z samego założenia złem. Lub, korzystając z analogii z “Królem Lwem”, nie wydaje się, żeby spowodowanie pędu przeciw słodkiemu kociakowi było dla hien łatwe.

Wręcz przeciwnie. Zwykle to hieny trafiają na celownik Anonów za to, że skrzywdziły słodkiego kociaka. Na przykład policjanci nadużywający swych uprawnień.

Działania Anonów mogą, rzecz jasna, prowadzić tak do skutków dobrych, jak i złych. Jednak wciąż – nie są podejmowane z celowym zamiarem czynienia zła. Próby nakręcenia ich przeciw jakimś osobistym wrogom lądują zwykle w kategorii “nie jesteśmy twoją osobistą armią”, czasem nawet kończąc się źle dla podejmującego taka próbę.

Bez dwóch zdań najważniejszym powodem i motorem działania Anonów jest “dla jaj” oraz to, jak spektakularne i widowiskowe mogą być ich skutki. Wydaje sie jednak, że obowiązują pewne niepisane, niewypowiadane zasady, mówiące o tym, że nie mogą mieć z założenia na celu czynienia zła (jakkolwiek definiowanego).

Korponimowi

Rzecz jasna, nie tak działają ludzie korporacji. Zajmują się “poważnymi sprawami”, i wydaje się, że im wyżej w korporacyjnej hierarchii dana osoba stoi, tym bardziej “czynienie zła” mieści się w ich zakresie obowiązków.

Jest jednak wiele podobieństw pomiędzy tymi dwiema grupami ludzi. Jak Anonimowi, ludzie korporacji są w zasadzie anonimowi, niemal całkowicie anonimizują ich behemoty dla których pracują. Jak Anonimowi, działania pojedynczego pracownika korporacji są niemal kompletnie bez znaczenia – to stado, to potężna masa całego behemota rzucona w jednym kierunku może faktycznie na coś wpłynąć. Anonimowi są mniej-więcej bezkarni jeżeli chodzi o ich działania, dzięki technologii; ludzie korporacji są często zwolnieni z odpowiedzialności prawnej za działania wynikające z obowiązków służbowych. Ciężko jest zmienić kierunek raz rozpędzonego stada Anonów, podobnie jak ciężko jest zmienić globalną politykę korporacji. Anonimowi organizują się wokół symboli i identyfikują z nimi, Korponimowi działają pod szyldami korporacyjnych logo.

Jak to więc możliwe, że przy tych wszystkich podobieństwach, Korponimowi nie wykazują podobnego do Anonimowych etosu w swych codziennych działaniach?

Chaos kontra Struktura

Jest kilka istotnych różnic, które być może w jakimś stopniu to tłumaczą.

Po pierwsze, choć w przypadku obu grup uczestnictwo jest dobrowolne, w przypadku Korponimowych wiąże się z trudniejszymi decyzjami. To jest praca. To jest poważne zobowiązanie. Rzucenie wypowiedzenia ma zawsze poważne konsekwencje. To nie ma miejsca w przypadku Anonimowych, w przypadku których każdy może się w dowolnym momencie włączyć, i może w dowolnym momencie opuścić dowolną podgrupę. Gdy tylko Anonowi przestaje podobać się to, co robi stado, opuszcza je.

Po drugie, korporacje są silnie hierarchiczne – co (z założenia) absolutnie nie ma miejsca w przypadku Anonimowych.

Ma to wiele konsekwencji, z których jedną z ciekawszych jest (faktyczna bądź jedynie postrzegana) bezkarność, zdjęcie odpowiedzialności za działania podejmowane w imieniu całości. Anoni są trudni do namierzenia, lecz doskonale zdają sobie sprawę, że odpowiadają za swoje działania. Korponimowi natomiast mogą, np. na rozprawie sądowej, twierdzić, że “kazano im”.

Jest to być może najważniejsza różnica. Każda z osób biorących udział w akcji Anonymous jest świadoma faktu, że odpowiedzialność za wszystkie działania wykonywane w grupie spoczywa jednoznacznie osobiście na nich. Korponimowi zaś mają wrażenie, że odpowiedzialność za ich działania jest rozmyta, a co za tym idzie (co kluczowe) mogą racjonalizować wszelkie działania, które podejmują w ramach swych obowiązków służbowych, niezależnie od tego, jak nieludzkie, jako nie będące ich winą, ich decyzją.

Nowa Nadzieja

To z kolei może bardzo dużo mówić o ludzkości w ogóle. I to – pozytywnie!

Nawet w sytuacji kompletnej anonimowości i bezkarności, nawet twierdząc, że działają z pobudek czysto hedonistycznych, czasem nawet występując przeciw prawu, ludzie zdają się jednak w swych działaniach trzymać jakiegoś etosu, przynajmniej w grupach, tak długo, jak długo nie mają możliwości zrzucenia odpowiedzialności za swoje działania na kogoś lub coś innego.

To wydaje się kontr-intuicyjne, większość z nas żywi przekonanie, że to nieuchronność kary trzyma ludzi w ryzach i powstrzymuje przed czynieniem zła. Okazuje się jednak, że dla wielu z nas, nawet w tak niejednoznacznych moralnie grupach jak Anonymous, sam fakt bycia świadomym tego, że jest się odpowiedzialnym za własne działania (niezależnie od tego, czy grozi kara, czy nie) – wystarcza!

Zła wiadomość jest taka, że ogromna większość klocków, z których składają się obecne społeczeństwa, zbudowana jest hierarchicznie, a co za tym idzie – umożliwia takie zrzucanie odpowiedzialności. Najpopularniejsze religie również tworzą możliwości po temu – oferując odległe bóstwo mające “plan”; lub oferując niejasne, niejednoznaczne czy nieaktualne zasady postępowania; czy też każąc “zaufać”, bezkrytycznie wypełniać decyzje wybranej grupy osób.

Jest jakiś powód, dla którego najbardziej bestialskie akty w historii człowieka były podejmowane pod auspicjami władzy lub z hasłami religijnymi na ustach i sztandarach.

Jest też jednak doskonała wiadomość: najwyraźniej wszyscy mamy wbudowany pewien kompas moralny, i potrafimy z niego skorzystać – nawet gdy nic nas nie może do tego zmusić. I za pokazanie tego bardzo jestem Anonymous wdzięczny.